Beleriand


Drogi wiodły w gęstą puszczę
w czas zapadłą jakby w wodę,
z drzew się lały długie cienie
rozedrgane zmierzchu chłodem.
Wzgórza jeszcze szmaragdowo
wstęgą łąk brzeg rozjaśniały,
ponad nimi światła promień
taflę dolin złocił całą.
Noc Beleriand przemieniała
w wir gałęzi, zapach malin
mchów ocean, który w głębi
szumiał miękkością jedwabi.
Wśród korzeni z głuchym pluskiem
ciemność wzrastała szalejem,
gwiazdozbiorem rozkwitając
iskrzącym się elfów śpiewem.
Ostre ciernie gwiazd spadały
w mgliste parowy strumieni
sierść płosząc łagodnych saren
w wodopojach na dnie źrenic.
I tak falowała przestrzeń,
nim czas w widnokrąg upłynął,
tamtej puszczy dziś już nie ma,
tamtą puszczę tylko śniłam...