Lúthien
an Eilian, thenid melethen nín
Noc, wiatr od wschodu, kwiatów duszny zapach
drży powietrze otępiałe od złych przeczuć.
Cienie suną po zewnętrznych murów blankach,
każda chwila dziś upływa jak pół wieku.
Nie ma śpiewów, w ciszy wolno krążą myśli,
niespokojne czarne ptaki ponad głową.
Tylko serce takt podaje bijąc w piersi,
gdzieś z oddali już dobiega krok pochodu..
Są już blisko, czemu serce tak truchleje?
Skąd ta cisza, nagłe odwracanie wzroku?!
W świetle łuczyw orszak wkracza a las dnieje
to Berena ciało niosą...
Ukochany! Stój...nie odchodź! Nie umieraj...
Czuje mocno, czas się nie dopełnił jeszcze...
O Mandosie! Tego życia nie zabieraj!!
Jeszcze przecież nie rozkwitło nasze szczęście...
Wszędzie pójdę Twoją drogą, w każdą ciemność
wszystkie drogi i przeszkody przebyć zdołam
błagam... czekaj na mnie tam, na mrocznym brzegu!
Ja odnajdę Cię Kochany i przywołam...
Zgasły gwiazdy, ciemność wzeszła, a o świcie,
cienką strużką uchodziło już z niej życie...