
|
Wiejący od morza wiatr wzmógł się nieco, fala z sykiem zagarnęła ślady stóp i, cofając się, pozostawiła gładki, skrzący się w słońcu piasek, a w nim na wpół zakopany czarno-żółty kamyk. Elrond podszedł bliżej, schylił się i podniósł go. Idealny owal. Idealny, jak wszystko tutaj. Kolejna fala obmyła mu nogi niemal do kolan, nie zwrócił na to uwagi. Cisnął kamień daleko w wodę i po raz setny tego popołudnia omiótł wzrokiem horyzont. Nic. Nadal nic. Spacerował na plaży od południa, odkąd posłaniec przyniósł wytęsknione wieści: jego dzieci, jego synowie ukochani wracali do Amanu. Po trzystu niemal latach rozłąki dziś wreszcie się spotkają. I choć wieść głosiła, że okręt przybije do portu Tol Eressei o zachodzie słońca, Elrond z miejsca podążył na plażę. Tu łatwiej było czekać. Celebriana początkowo dotrzymywała mu towarzystwa, lecz potem poszła się przygotować. Elrond odmówił i został nad morzem. Trzymał się w zasięgu wzroku od portu, przechadzając się tam i z powrotem. Tyle lat. Pamiętał swoje dotkliwe rozczarowanie, kiedy do portu zawinął okręt wiozący Celeborna, sto osiemdziesiąt lat temu. Władca Lorien powrócił sam. Elladan i Elrohir pozostali w śródziemiu, przekazując jedynie listy do ojca i matki, które miast przygasić tęsknotę, tylko ją rozpaliły. Elrond przystanął i wystawił twarz ku słońcu, mrużąc lekko oczy. Pogoda była wymarzona, ciepło, choć nie upalnie. Pełny ożywczych woni wiatr chłodził przyjemnie, a morze wprost zapraszało do kąpieli. Istny raj na Ardzie. Elrond z czasem polubił Tol Eresseę, lecz nieraz, w skrytości serca, chwytał się nad tym, że tęskni za dzikim i gwałtownym wichrem śródziemia, za kapryśną wiosną i trzaskającym mrozem w zimie. Tu pogoda nie dawała się we znaki, jeśli wiało to nigdy tak, by uprzykrzyć wędrówkę, deszcz był błogosławionym nektarem ziemi, a nie przenikającą na wskroś ulewą, a mrozy panowały ponoć tylko na najbardziej niedostępnych rubieżach. Nigdy tam nie dotarł, wolał bowiem trzymać się portu Tol Eressei, by wypatrywać żagli na horyzoncie. Nawet okna jego pracowni i biblioteki wychodziły na morze. Czas płynął nieubłaganie powoli, słońce zdawało się trwać w tym samym miejscu. Zdążył wielokrotnie przemierzyć odległość od portu do pierwszego cypla nim zrobiło się nieco chłodniej, cienie wydłużyły się i wreszcie z wolna błękit nieba omiotła pomarańczowa łuna zachodu. Samotna mewa spikowała w dół i usiadła na wodzie, odruchowo podążył za nią wzrokiem i wtedy kątem oka złowił plamkę bieli na horyzoncie. Oczywiście tego dnia widział wiele okrętów, Teleri nieustannie żeglowali po tych wodach, ale rzadko obierali wschodni kierunek. Serce zabiło mu w piersi i nim się zorientował, już biegł co sił w stronę portu. Zwolnił dopiero po dłuższej chwili-okręt znajdował się jeszcze bardzo daleko, nie było powodu do aż takiego pośpiechu. Szybki marsz zawiódł go na białe skały przystani. Celebriana już tam była, sama, w swej odświętnej białej sukni ze złotymi haftami. Pomachała do niego, pokazując mu żagiel na morzu. Skinął jej ręką w odpowiedzi i przyspieszył. - To oni, widzę błękitną flagę-szepnęła, kiedy podszedł, a jej oczy zalśniły od łez. Ujął ją za rękę, mocno zaciskając palce. Wytężył wzrok. Błękitna bandera. Znak powracających z wygnania do Amanu. Teraz nie było wątpliwości. Ich synowie musieli znajdować się na pokładzie. Byli ostatnimi elfami powracającymi ze śródziemia. Ostatnimi. Elrond nie chciał psuć pierwszych chwil powitania, ale pytanie "dlaczego tak późno?" zamierzał potem zadać im obu. Czy mieli świadomość na jaką mękę wystawili rodzicielskie serca? Skąd ten bezlitosny brak pośpiechu? Nie tęsknili? Jakby mało było, że na wieki utracił... ją, to jeszcze trzysta lat musiał czekać na synów? Zerknął za siebie. Przystań świeciła pustkami. Jedynie w oddali czuwało kilku elfów, którzy zwykle pomagali przy cumowaniu. Odetchnął z ulgą. W pierwszym odruchu Celebriana chciała bowiem sprosić do przystani ich krewnych i przyjaciół, a przede wszystkim Galadrielę i Celeborna. Zdołał jej to wyperswadować. To był ich czas, prywatny, intymny. Mieli prawo, by przez chwilę zachować synów tylko dla siebie. Elrond nie chciał świadków, czasu będzie aż nadto na wielkie uczty i powitania. Okręt wpłynął do portu dokładnie w chwili, kiedy tarcza słońca dotknęła morza. Gdy potem wracał myślą do ich spotkania, niewiele mógł o nim powiedzieć, poza tym, że na zmianę trzymał synów w objęciach, a łzy płynęły swobodnie, w odróżnieniu od słów. Wszystkie z dawna przygotowane powitania, celebrowane deklaracje miłości i tęsknoty obróciły się wniwecz, pozostała jedynie przeszywająca na wskroś potrzeba, aby chwycić wytęsknione dzieci w ramiona i nigdy, przenigdy nie puszczać, by nie narazić się na kolejne rozstanie. Elrond odsuwał od siebie synów tylko na odległość ramienia, by im się chciwie przyjrzeć, a potem znów przygarniał z całych sił. Na koniec objęli się w czwórkę, trwając przez dłuższy czas w ciszy, nie kryjąc łez. Za nimi słońce zanurzyło się w ocean i tylko szkarłat łuny wskazywał miejsce zachodu. Pierwszy poruszył się Elrohir. - A więc tak wygląda owa osławiona Tol Eressea-rozległ się jego głos. Elrond podniósł głowę i spojrzał na syna. Oczy Elrohira aż płonęły od nieskrywanej ciekawości, kiedy rozglądał się po okolicy. Dusza odkrywcy i badacza już wybiegała naprzeciw nowym wyzwaniom.-A Aman jest tam?-wskazał podbródkiem kierunek. - Tak, synu-Elrond uśmiechnął się. - I Tirion? Zobaczymy Tirion, braciszku!-Elrohir zwrócił roziskrzony wzrok na brata. - Jutro?-to pytanie z kolei adresowane było do ojca. Radość i entuzjazm zdawały się rozświetlać Elrohira od środka. - Wkrótce-odrzekł Elrond z miłością. - Musicie być zmęczeni-wtrąciła się czule Celebriana, niechętnie uwalniając Elladana ze swych objęć. Szybkim ruchem otarła łzy, odgarnęła pasmo włosów za ucho. - Chodźcie do domu, to niedaleko. Uczta czeka, po wasze rzeczy przyjdziemy później. Elrond objął Elrohira w pasie i chciał zrobić krok w stronę przystani, lecz zaskoczył go zdecydowany opór. Elrohir wrósł w ziemię i nie dał się poprowadzić. Obaj synowie odwrócili nagle głowy w stronę okrętu, dziwnie poważniejąc i porozumieli się wzrokiem. Elrond znał to spojrzenie-ustalali między sobą, który ma przemówić. - Ojcze-rzekł Elladan cicho, z naciskiem-my nie przypłynęliśmy sami. Elrond zmarszczył brwi, odruchowo przenosząc wzrok na okręt. - Znaleźliśmy go-Elladan patrzył mu prosto w oczy, z odrobiną niepokoju, jakby bał się reakcji.-Tuż przed odjazdem dziadka trafiliśmy na ślad i dlatego nie wsiedliśmy...- I wtedy, w nagłym olśnieniu, Elrond zrozumiał. Elladan mówił dalej, ale nie było to już istotne. Ziemia rozwarła się u stóp Elronda i wśród oszalałego bicia serca elf runął w dół-to uczucie zapadania się było niewiarygodne. Jak przez mgłę usłyszał niespokojne głosy synów: - Ojcze? - Ojcze! Zaczekaj! Pochwyciły go zdecydowane dłonie i dopiero wtedy zorientował się, że jest już wpół drogi do trapu. Synowie zatrzymali go i obstąpili. Celebriana nie poszła za nimi. Patrzyła tylko, spięta i zdenerwowana. - Zaczekaj, wysłuchaj nas najpierw-Elrohir błagalnie spojrzał mu w oczy. - On jest w bardzo złym stanie-Elladan stanął między ojcem a trapem. Elrond z trudem oderwał wzrok od okrętu i spojrzał na syna. - Chcę go zobaczyć, natychmiast. - Zaraz go zobaczysz, musimy cię tylko uprzedzić, bo w przeciwnym wypadku mógłbyś przeżyć szok-tłumaczył Elladan, zerkając na brata.-Bo widzisz, on...- urwał niepewnie. - Popadł w ostateczne szaleństwo-dopowiedział Elrohir. - Bacz co mówisz, na litość! - Brat rzucił mu gniewne spojrzenie. - Ale tak jest! Nikogo nie poznaje, nie reaguje. Zamknął się we własnym świecie. - To prawda-Elladan spojrzał na ojca przepraszająco. - I milczy. Podejrzewamy, że wraz ze zmysłami postradał i głos. - Chcę do niego iść-Elrond dziwnie nagle spokojny, łagodnie wyswobodził się z uchwytu Elrohira. - Tylko wiedz, że niewiele w nim zostało z tamtego elfa, o którym nam opowiadałeś, ojcze-szepnął Elladan z bólem. Elrond skinął głową, wziął głęboki wdech i ruszył w stronę okrętu. Elladan prowadził, pokazując mu drogę. Zeszli pod pokład. Drzwi kajuty były zamknięte od zewnątrz. - Na wszelki wypadek-powiedział Elladan, widząc pytające spojrzenia ojca. Szczęknęła zasuwa i drzwi stanęły otworem. Kajuta była niewielka, panował w niej półmrok. Na tle okrągłego okna z małych witrażowych szybek rysowała się ciemna sylwetka. Siedzący na koi elf odwrócony był bokiem do wchodzących. Ramieniem opierał się o ścianę, nogi podciągnął na łóżko. Zdawał się wykuty z marmuru, nieruchomy jak posąg. I podobnie jak posąg martwy. Elrond na moment wsparł się o framugę, walcząc z wrażeniem zatopienia we śnie, a potem wzrok jego skoncentrował się na boleśnie znajomym profilu siedzącego w półmroku elfa i nogi same, bez udziału woli, przestąpiły próg. - Atar? Nic, żadnego choćby poruszenia. Elrond zbliżył się, wstrzymując oddech i wciąż gdzieś, w głębi serca, nie dowierzając. I dopiero, gdy podszedł bardzo blisko, a światło łuny zachodu ukazało szczegóły tej ukochanej twarzy, okrutnie zmienionej, lecz mimo to wciąż rozpoznawalnej, pod Elrondem ugięły się kolana.. - Atar...-jęknął, unosząc dłoń do ust, jakby w obawie, że wyrwie mu się pełen bólu krzyk. Przez te niezliczone wieki rysy twarzy Maglora ściągnęły się i wyostrzyły, cienie na kościach policzkowych były głębsze, oczy zapadnięte. Włosy, niegdyś ciemne jak noc, sięgające łopatek i misternie splecione, teraz spływały po plecach na materac w skołtunionej, poszarzałej masie. Bardziej przypominały włosy starego człowieka niż elfa. Najstraszliwsze były jednak oczy, wpatrzone w dal, puste, wypalone. Elrond przemógł grozę, powoli wyciągnął dłoń i dotknął policzka Maglora, ostrożnie-bo ten, niegdyś jeden z najpotężniejszych książąt Noldorów, sprawiał wrażenie, jakby mógł się rozpaść pod dotknięciem, niby zasuszony kwiat. Skórę miał chłodną, wbrew pozorom nadal gładką. Elrond przesunął wierzchem palców po jego policzku, dotknął skroni, a potem odgarnął mu włosy z twarzy. - To ja, Elrond, pamiętasz mnie?-głos mu się łamał. - On cię nie usłyszy-szepnął Elladan, klękając przy ojcu.-Znaleźliśmy go na południe od ujścia Anduiny, w Harondorze. Podejrzewamy, że był więziony w Haradzie. Podobno miał na nadgarstkach ślady po kajdanach. Może to wtedy postradał rozum. Tak przynajmniej twierdzą potomkowie tych, którzy się na niego natknęli po Wojnie o Pierścień. Wieki temu przygarnęli go prości, dobrzy ludzie. Kolejne pokolenia przejmowały opiekę nad nim, niczym nad rodową pamiątką. Wierzyli, że jest duchem morza, a opieka nad nim zapewni im powodzenie w połowach. Jego postać obrosła legendami, jedni twierdzili, że wyszedł wprost z morza, inni, że przybył na skrzydłach wiatru, jeszcze inni, że ten "duch fal" pokutuje za uczucie do śmiertelnej kobiety z ich ludu, a ślady po kajdanach to widomy znak i zarazem symbol oków miłości. - Nie chcieli nam go oddać-dorzucił Elrohir.-Zdrowo się natrudziliśmy, by ich przekonać, że tak będzie dla niego najlepiej. - Z tego co wiemy, milczy od wieków. Ale oni wierzą, że kiedyś zaśpiewa, oznajmiając czas dobrobytu i pokoju. Z tego wniosek, że nie tak dawno jeszcze śpiewał, może w czasach Wojny o Pierścień, skoro pamięć o tym przetrwała wśród nich. Elrond podniósł się z podłogi i usiadł na koi, nie odrywając wzroku od twarzy Maglora. Wtem uwagę jego przykuł ruch. Spojrzał w dół-palce obu rąk syna Feanora poruszały się sennie w charakterystyczny sposób. - On często tak robi-wyjaśnił szeptem Elrohir-jakby grał na czymś. I śpiewał sam sobie w duchu. Słysząc to, Elrond podniósł wzrok. Rzeczywiście, choć oczy Maglora nadal pozostawały nieruchome i martwe, jego usta drgnęły i poruszyły się w niemym śpiewie, formułując słowa dawno przebrzmiałej pieśni. Na ten widok serce Elronda ścisnęło się boleśnie, a po policzku spłynęła gorąca łza. Wiedziony nagłym impulsem ujął prawą dłoń Maglora i odwrócił ją spodem ku górze, a to co zobaczył, wyrwało mu głuchy jęk. Całe wnętrze dłoni było poczerniałe, pocięte gniewnymi bliznami, spalone jak węgiel. Widok ten przepełnił kielich goryczy i Elrond zapłakał, pochylając głowę i całując tę poparzoną dłoń. Tyle cierpienia, tyle udręki i bólu... Tyle... śmierci. We wspomnieniach ujrzał Maglora-tak dumnego i pięknego - który żegnał się z przybranymi synami, ruszając, by dopełnić Przysięgi. Jego twarz-zacięta w przerażającej mieszaninie determinacji i rezygnacji. Wiedział, że jedzie na zatracenie. Wiedział o tym, tę świadomość klęski i potępienia miał wypisaną w oczach, a mimo to wyruszył, znikając tym samym z życia obu synów Earendila. Nagle Elrond drgnął zaskoczony, otrząsając się ze wspomnień, bo Maglor powoli, lecz zdecydowanie wysunął dłoń z jego ręki, gestem jakim zwykło opędzać się od uprzykrzonej muchy. Lub dokładniej-niecierpliwym gestem, jakim zajęte zabawą dziecko uwalnia się od zbyt natrętnych pieszczot rodzica. Elrond pozwolił mu się odsunąć i bezradnie obserwował jak dłoń Maglora wędruje w górę, wspiera się na kolanie i podejmuje na nowo taniec po niewidzialnych strunach. - Nie lubi jak się go dotyka, kiedy "gra"-rzekł Elladan, obejmując ojca ramionami, jakby chciał mu wynagrodzić tę oziębłość.-Poza tymi chwilami, nie sprawia mu to różnicy, można go dotykać do woli. Nie protestował, kiedy go przebieraliśmy ani wtedy, gdy usiłowaliśmy go uczesać. Tyle, że te włosy rozczesać się nie dadzą, powinno się je obciąć, ale nie mieliśmy śmiałości. - Przypomina nam Nienor z opowieści o Turinie-wtrącił się Elrohir - Nienor pod urokiem smoka. Z nim jest tak samo. Prowadzony za rękę - idzie, pozostawiony sam sobie, staje i patrzy w dal. Kiedy się go karmi - je, kiedy się go posadzi-siedzi. Elrond wyciągnął dłoń i przesunął nią przed oczami Maglora. Powieki drgnęły nieznacznie w odruchowej reakcji. - Widzi, widzi na pewno-potwierdził Elladan, uwalniając ojca z objęć i siadając u jego stóp na podłodze. - Trwa w tym stanie od wieków-rzekł Elrohir cichutko.-I nie umiera. Musi być niesłychanie silny. - Coś go trzyma przy życiu, nie wiadomo tylko co-dodał Elladan. "Pieśń" tymczasem ustała, palce na powrót zamarły w bezruchu. Elrond nie wytrzymał. Przysunął się i zagarnął przybranego ojca w objęcia. Wrażenie było takie jakby trzymał szmacianą lalkę. Zgodnie ze słowami Elladana Maglor dał się objąć bez protestu, jego głowa zakołysała się i spoczęła na ramieniu Elronda. Pachniał morskim wiatrem. Tylko. Jego zapach, który Elrond tak dobrze pamiętał z dzieciństwa, zniknął. Zostało tylko morze. Elrond z trudem pohamował szloch. Uczucia, które się w nim przelewały były nie do opisania. To tak, jakby zwrócono mu część jego duszy, kawałek utraconej układanki, który teraz już nie pasował, bo legł na nim Cień i wszystko wypaczył. Odzyskał tego, którego-jak sądził, utracił bezpowrotnie, lecz odzyskał jedynie po to, by znów go stracić. Czy to się nigdy nie skończy? Nie wystarczy, że los na wieczność rozdzielił go z Elrosem i Arweną? - Atar... Atarinya...-Powtarzał, całując ze czcią skroń Maglora i zatapiając twarz w jego włosach. - Kochani, wszystko w porządku?-usłyszał głos żony. Celebriana stała w progu, nie ośmielając się wejść. Elladan podszedł do niej i zaczął cicho wyjaśniać sytuację i streszczać to, co powiedział ojcu. Elrond zaś, nie zwracając na nich uwagi, nabrał tchu i zaczął cicho śpiewać. To była kołysanka, za pomocą której Maglor go kiedyś uspokajał-ich obu, bo przecież Elrosa też - jedna z najpiękniejszych melodii, jakie kiedykolwiek powstały na Ardzie. I może to była tylko jego wyobraźnia, poparta gorącym pragnieniem, ale odniósł wrażenie, że Maglor rozluźnił się w jego objęciach i odetchnął głębiej. A może to było westchnienie? Elrond dośpiewał do końca zwrotki i zamilkł, zdjęty przeszywającym wzruszeniem. "Będzie dobrze" przemknęła mu przez głowę krzepiąca myśl. "Uratuję cię"-szepnął w myślach-"Wybłagam dla ciebie uzdrowienie i przebaczenie. Będziesz moim okupem za brata i córkę". - Trzeba będzie zawiadomić jego rodzinę-szepnął Elrohir.-Mahtana i Nerdanelę. Elrond nie odpowiedział. Mocniej tylko przywarł do przybranego ojca. Oczywiście, że trzeba ich będzie zawiadomić, o ile Nerdanela, której od wieków nikt nie widział, będzie w stanie opuścić dom Mahtana. Lecz na myśl o tym, że trzeba będzie syna Feanora zwrócić rodzinie, czuł dziwną, zazdrosną niemal niechęć. Nie chciał się z Maglorem rozstawać. I nie przywykł do tego, by się nim dzielić. W dzieciństwie i młodości on i Elros mieli Maglora wyłącznie dla siebie, nie licząc posępnej obecności Maedhrosa, który z zasady nie wtrącał się do wychowywania dzieci-zakładników. Jedynie Przysięga mogła ich rozdzielić. Teraz więc Elrond buntował się całym sercem przeciwko wizji rozstania. Nie wyobrażał sobie, że Maglor może nie zamieszkać z nim. - Chodźmy stąd-delikatna dłoń spoczęła na jego ramieniu.-Zabierzmy go do domu. Elrond uśmiechnął się do żony i skinął głową. - Pomogę ci-zaoferował się Elladan. - Nie trzeba-Elrond zmienił pozycję, poprawił chwyt i podniósł Maglora, biorąc go na ręce. Na pierwszy rzut oka syn Feanora sprawiał wrażenie, że będzie ważył tyle co uschnięty liść. Na szczęście było to tylko złudzenie. Wbrew pozorom nie był aż tak lekki jak Elrond zakładał, a jego ciężar był miłym zaskoczeniem. Miłym, bo odczucie, że Maglor jest jednak istotą realną, a nie jedynie cieniem, było bardzo krzepiące. - Nie musisz go nieść, on pójdzie sam, wystarczy, że poprowadzisz go za rękę-zauważył Elrohir. Ale Elrond pokręcił tylko głową i wyszedł. Kilka stromych stopni zawiodło go na pokład. Przemierzył go szybko, wstąpił na trap i ...zatrzymał się w pół kroku, kamieniejąc. Na pomoście stał Eonwe. Herold Manwego był sam, czekał na nich. Jego zbroja zdawała się lśnić własnym wewnętrznym blaskiem. Jego zbroja. Umysł Elronda pracował gorączkowo. Eonwe nie przywdział zbroi, kiedy w imieniu Valarów witał Galadrielę i Celeborna. Nie miał jej na sobie, kiedy wyszedł po niego, Elronda. Założył ją teraz, bo przybywał... po syna Feanora, przeklętego Bratobójcę. Oni wiedzieli, Valarowie wiedzieli, że Maglor powraca. Ręce Elronda w obronnym odruchu zacisnęły się mocniej wokół przybranego ojca. Zabiorą go, osądzą i zamkną w Mandosie. Nigdy więcej go nie zobaczę... Nie mogę go stracić, nie teraz... Nim na dobre rozważył co czyni, zaczął się odruchowo cofać w głąb pokładu. - Ojcze?-poczuł na plecach dłoń któregoś z synów. Nie był mu wstanie odpowiedzieć. Wtem jego serce zabiło mocniej, bo Eonwe, zamiast czekać, wszedł na trap i wspiął się na górę. Zdawał się ogromny, nieubłagany jak przeznaczenie, wiatr rozwiewał jego błękitny płaszcz. - Panie-Obaj synowie Elronda wyminęli ojca, skłonili się i, idąc za przykładem Celebriany, uklękli w powitaniu. Elrond nie mógł, nie z Maglorem na rękach. - Witaj Elladanie, synu Elronda i Celebriany-Eonwe położył dłoń na głowie pierwszego z bliźniaków.-Zawitałeś w progi Błogosławionego Królestwa. Jego Władcy pozdrawiają cię. Przybyłeś w pokoju i w pokoju pozostań, a twoje troski i cierpienia zostaną uleczone. Potem powtórzył tę samą ceremonię z Elrohirem. Elrond stał bez ruchu, przyciskając do piersi równie znieruchomiałego Maglora. Na znak Eonwego Elladan i Elrohir podnieśli się i stanęli u boków ojca. Herold Manwego zbliżył się w milczeniu. Elrond gorączkowo układał sobie w myślach błagalne słowa, pokorną prośbę o miłosierdzie nad tą znękaną istotą. Problem polegał na tym, że po raz pierwszy w życiu nie był w stanie dobyć z siebie głosu. - Dokonało się. Kanafinwe Macalaure, syn Feanara i Nerdaneli powrócił-rozległ się głęboki głos Eonwego. To rzekłszy Herold przechylił lekko głowę i zapatrzył się na Maglora. Przyglądał mu się długo, bardzo długo. Elrond zebrał się w sobie i przełknął ślinę, szykując się do zabrania głosu. Synowie go ubiegli. - Jest bardzo chory-odezwał się nieśmiało Elladan. - Możemy zabrać go do domu?-zawtórował mu Elrohir. Eonwe trwał przez chwilę w zadumie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Potem podniósł wzrok na Elronda. Błagam. Eonwe uniósł rękę i położył ją na głowie syna Feanora. Elrond wstrzymał oddech. - Tak-powiedział po prostu Herold. Żadnych wielkich i groźnych słów o przeznaczeniu, winie, karze. Zwykłe, proste "tak". - A sąd? A proroctwo Mandosa?-wyszeptał Elrond w niedowierzaniu. - Kanafinwe Feanorion sam stawi się w Kręgu Przeznaczenia, kiedy będzie gotów. - Czy to znaczy, że będziemy mogli mu pomóc? Wyzdrowieje?-Zapytał Elrohir. - To jest Aman-odrzekł Eonwe cierpliwie. - Mamy rozumieć, że jest dla niego nadzieja, panie?-nie ustępował Elladan.-Ratunek przed Wiekuistą Ciemnością? - Nadzieja pchnęła ciebie i brata do poszukiwań syna Feanara i nadzieja przywiodła cię tutaj. Dlaczego teraz ją tracisz? - Ale on przecież złożył Przysięgę, że... - Dziecko-odparł łagodnie wysłannik Valarów- nie możesz oferować Wiekuistej Ciemności tego, co nie jest twoją własnością. Wyrzekł te słowa tak, jakby miało to być wyjaśnienie wszelkich wątpliwości. Widząc jednak niepewność, wciąż malującą się na twarzach zebranych, dodał: - Jego fea należy do Eru, czyż nie? I jego twarz rozjaśnił najpiękniejszy uśmiech, jaki Elrond widział w życiu. |