
|
- Jesteś zmęczony -Kanafinwe pochylił się ku starszemu bratu.- Pomogę ci wrócić do twojej komnaty. - Moryo mi pomoże - oświadczył Maitimo, spoglądając na Morifinwego, usadowionego po jego lewicy. Moryo uniósł lekko brwi, ale posłusznie został na swoim miejscu, podczas, gdy inni się podnosili. - Jak sobie życzysz - odrzekł Kano, zagarniając bliźniaków do wyjścia i uśmiechając się na widok kuny, która rozglądała się ciekawie z wysokości ramienia Tyelka. Tak się jakoś składało, że wszystkie stworzenia wcześniej czy później lgnęły do Turkafinwego i przenosiły się do jego części obozu, by dotrzymać mu towarzystwa. Komnaty Tyelka w Amanie rodzina zwała Psiarnioptaszarnią. Teraz, ze względu na różnorodność menażerii, jego beleriandzkie kwatery zyskały miano Zwierzyńca. Noldorowie mieszkający w obozie zdążyli się przyzwyczaić do widoku zająca wylegującego się wśród psów bojowych, czy wiewiórek śmigających po końskich szyjach. Siłą nawyku wszyscy stąpali ostrożnie, bacząc, by nie nadepnąć jakiegoś zabłąkanego szczeniaka albo pisklęcia. Zakładali się również, co za zwierzę pojawi się następne i dokarmiali obecną maskotkę obozu - kruka, zwanego Orłem Rodu Feanara. Z niejasnych przyczyn ów całkiem już podrośnięty kruk nie wierzył, że jest ptakiem i nie chciał latać, uparcie przemierzając obóz na piechotę. Był do tego szalenie bojowy, nieustępliwy i dumny, co zjednało mu powszechną życzliwość. - Zabrał twoją kunę - zauważył Moryo. - Co za cios - odrzekł Maitimo.- Jak ja to przeboleję? Obaj uśmiechnęli się lekko, patrząc na poprzewracane naczynia na stole, pościągane serwety i pergaminy wybebeszone z kufra - efekt zwycięstwa kuniej ciekawości nad strachem. Kanafinwe wyszedł ostatni, zamykając za sobą drzwi. Komnata wydała się nagle dziwnie przestronna i opustoszała. Przez chwilę bracia siedzieli w ciszy. Wreszcie Maitimo odetchnął głębiej, ze znużeniem przetarł twarz dłonią, a potem wspierając się na blacie spróbował się dźwignąć. Ale rozdygotana pod jego ciężarem ręka nie chciała go utrzymać; usiadł ciężko z powrotem. Zagryzł zęby i spróbował ponownie, pomagając sobie tym razem prawym łokciem. Moryo obserwował przez krótką chwilę jego wysiłki, a potem wstał bez słowa, zbliżył się i otaczając plecy brata ramieniem, postawił go na nogi. Następnie kopniakiem odsuwając krzesło, poprawił chwyt i bez pytania wziął chorego na ręce. - Wystarczy ci już na dziś, braciszku - oznajmił.- Dowiodłeś, czego chciałeś. Maitimo nie zaprotestował i dał się zanieść do sąsiedniej komnaty. Dopiero tam się odezwał: - Nie, nie na łóżko. Posadź mnie na krześle. - Na pewno? Moim zdaniem powinieneś się położyć i odpocząć. - Odpocznę siedząc. Mam już dość leżenia. - Jak chcesz - Moryo ostrożnie posadził go na krześle i poprawił poduszki. Przysunął podnóżek i podręczny stolik. - O, ćwiczyłeś - powiedział unosząc jeden z pergaminów, zapisany od góry do dołu niewprawną ręką. - Ćwiczyłem - odparł Maitimo.- I jak? - Jak kura pazurem. - Jakże ja sobie cenię tę twoją szczerość. - Wiem - Moryo uśmiechnął się.- Przynieść tu ci wina albo soku? - Za chwilę. Usiądź, Moryo. - Pod warunkiem, że nie będziemy rozmawiać o tym, co zaszło przy stole - zarzekł się Morifinwe z naciskiem. - Nie miałem takiego zamiaru - odparł Maitimo z lekkim zdziwieniem. - Dobrze więc -Moryo rozejrzał się i przysunął sobie niewielką ławę. Zasiadł wygodnie, przekładając prawą rękę przez oparcie krzesła Maitima. Jego wzrok przesunął się z twarzy brata na jego szyję. - Bardzo ładnie się zagoiło - rzekł, wyciągając rękę, by odgarnąć włosy chorego i przyjrzeć się uważniej, ale Maitimo ujął jego dłoń i odsunął ją.- Prawie już nie ma śladu - ciągnął Moryo, posłusznie się wycofując. Ze wszystkich ran, oprócz prawego nadgarstka, te na szyi goiły się najdłużej. Były to rozległe, zabagnione otarcia od żelaznej, chropowatej obroży, w którą Maitima zakuto w Angbandzie. Diabelska obręcz była zespawana tak ciasno, że Kurufinwe zdrowo się natrudził, nim ją zdjął. A i tak, przy całym jego kunszcie i zręczności dwukrotnie skaleczył brata. Moryo przymrużył oczy, czując jak wzbiera w nim fala nienawiści. Oby Morgoth zdychał w przyciasnej obroży, oby sam na własnej skórze poczuł ucisk żelaza i oby się nigdy z niego nie wyzwolił. - O czym myślisz? - szare oczy brata przeszyły go na wskroś. - Nic takiego. Właśnie przekląłem Morgotha po raz kolejny. Maitimo odwrócił wzrok ku oknu. Przez chwilę siedzieli w milczeniu. - O czym chciałeś ze mną porozmawiać? - odezwał się wreszcie Moryo. - Zmieniłeś się - stwierdził Maitimo wciąż patrząc przed siebie. - No, ba - Moryo wzruszył ramionami - Wszyscy się zmieniliśmy. - Ale ty najbardziej - Maitimo zwrócił ku niemu głowę i spojrzał mu w oczy - I jest w tobie cień, którego wcześniej nie było. Co się stało, Moryo? - Nie uważasz, że śmierć ojca i twoje porwanie to dostateczny...- zaczął Morifinwe, ale brat nie dał mu dokończyć. - To nie o to chodzi, to coś innego. Powiesz mi? Moryo wyprostował się biorąc głęboki wdech i potarł kolana dłońmi. Poczuł nieprzemożną ochotę, by wyjść, ale nie chciał w ten sposób kończyć rozmowy. Spojrzał na brata, który obserwował go bacznie, a potem, po chwili namysłu uśmiechnął się kącikiem ust. - Powiem ci pod warunkiem, że ty odpowiesz na moje pytanie dotyczące ciebie. Twojego uwięzienia konkretnie. Coś za coś, bracie. Maitimo rozważył to w milczeniu. - Zadaj je - rzekł. - Czy to znaczy, że się zgadzasz? - Tak - padła spokojna odpowiedź. Moryo uniósł brwi. Tego się nie spodziewał. Sądził raczej, iż stawiając swój warunek w sprytny sposób uniknie wypytywań, jako że Maitimo za nic na świecie nie chciał mówić o swej niewoli. Bracia wiedzieli tylko tyle, ile im powiedział Findekano, to znaczy, że Maitimo przykuty był do skały. Zdołali się też dowiedzieć, że nim Morgoth wymierzył mu tę ostateczną karę, ich najstarszy brat spędził niemal dziesięć lat w lochach Angbandu. O tym jednak, co się z nim działo w tamtym czasie nie chciał powiedzieć ani słowa. Do teraz. Umysł Morya aż zakipiał od dziesiątków pytań, które zaczęły tłoczyć się w jego myślach, ale nim zdołał się zdecydować na jedno konkretne, usłyszał własny głos, wypowiadający gorliwe, pospieszne słowa: - Widziałeś je? Widziałeś Silmarile? - Widziałem. I to częściej, niżbym chciał - twarz Maitima ściągnęła się na moment, w charakterystycznym dla niego, bezwiednym grymasie bólu - Nosi je w swojej koronie. I nigdy jej nie zdejmuje. - W koronie?! - Moryo aż się zatchnął z bezsilnej wściekłości. - Ośmiela się je nosić w koronie?! Ten nikczemny złodziej, morderca i... - Moryo, dosyć - Maitimo ze znużeniem przetarł twarz. - Kpi sobie z nas - zawarczał Moryo, usiłując się uspokoić. - Owszem - zgodził się Maitimo beznamiętnie - Ma nas za nic. Moryo wydał nieartykułowany odgłos, wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem. Po chwili zatrzymał przy oknie i zaczerpnął tchu. - Chciał cię złamać, prawda? - zapytał, zaciskając pięści. - Miało być jedno pytanie, Moryo. - Złamał cię? - powtórzył Morifinwe odwracając się od okna i spoglądając na brata z wielkim napięciem. A Maitimo uniósł wysoko głowę i uśmiechnął się w odpowiedzi. I widząc ten uśmiech pełen satysfakcji, dumny i drapieżny zarazem, Moryo poczuł wielką ulgę. I jeszcze większą miłość. - Kocham cię, braciszku - rzekł, wracając na swoje miejsce, by uścisnąć i ucałować dłoń brata. - Jestem z ciebie dumny. - Próbował - znowu ten raptowny grymas bólu - Wielu rzeczy próbował, ale kiedy pytał, czy mu się pokłonię, za każdym razem odpowiadałem "nie". A raz, kiedy nie mogłem mówić, naplułem mu w twarz. Moryo uśmiechnął się i pod wpływem impulsu raz jeszcze ucałował jego dłoń. - Twoja odpowiedź, Moryo? - przypomniał Maitimo po chwili milczenia. Morifinwe westchnął i oparł czoło o dłoń brata, którą wciąż trzymał w uścisku. Czas płynął, ale Maitimo czekał cierpliwie. - Zabiłem dziecko - powiedział Moryo głuchym głosem.- Małą dziewczynkę. W Alqualonde. Wbiegła mi prosto pod miecz, za późno ją zauważyłem. To było niechcący, przysięgam. Upadła na deski pomostu, a potem zsunęła się do wody. Jej matka, albo starsza siostra, nie wiem, skoczyła za nią, ale już nie wypłynęła. A potem rzucił się na mnie jej ojciec. Chyba ojciec.- Moryo podniósł głowę i skrzywił się - Można więc rzec, ze całą rodzinę posłałem prosto do Mandosa. Ojca mi nie żal, widziałem jak wcześniej zabił jednego z naszych, ale ta mała... Ja... Maitimo, ja zabiłem dziecko... - Ja też - głos Maitima, w odróżnieniu od głosu Morya, nie drżał. - Co?! - Moryo aż się poderwał, wytrzeszczając oczy na swego brata, swego łagodnego, opiekuńczego brata, który jako ostatni dobył miecza w Łabędziej Przystani. - To był chłopiec, niewiele młodszy od Ambarussa. Strzelał z łuku, celnie. Nie widział mnie, stał odwrócony plecami. A ja zobaczyłem, że bierze na cel Ojca. Nie miałem czasu na wahanie. Rzuciłem w niego mieczem, trafiłem prosto w plecy. Przebił go na wylot. Jak myślisz, Moryo? - Maitimo przeniósł wzrok na brata i w jego oczach zabłysła ta iskra dzikiego, niekontrolowanego szaleństwa, która tak ich dzisiaj przeraziła. - Czy słusznie postąpiłem? Czy może powinienem pozwolić mu strzelić do Ojca? Wtedy te osiem tysięcy nie zginęłoby w lodach Helkaraxe, a ja nie pokutowałbym za zabicie dziecka na skale Thangorodrimu... - Na twoim miejscu postąpiłbym tak samo - odparł Moryo.- Przecież tu szło o życie Ojca! Ten dzieciak mógł go zabić, sam mówiłeś, że strzelał dobrze i... - I mogłem pozwolić mu strzelić. A może tak byłoby lepiej dla wszystkich? Ojciec i tak zaraz potem zginął, a ja... - Przestań! - Moryo podniósł głos.- Opamiętaj się! Co ty w ogóle wygadujesz! Zabiłeś w obronie Ojca i tej myśli się trzymaj. Nie tobie sądzić, kto miał żyć i co by z alternatywy wynikło. A może byłoby jeszcze gorzej, gdyby Ojciec zginął w Alqualonde? Uczyniłeś to, co do ciebie należało i z całą pewnością nie zasłużyłeś na Thangorodrim. Nie myśl o tym w kategoriach pokuty. - Więc czego zatem?! - krzyknął Maitimo. - Przypadku?! Jeśli to nie pokuta za Alqualonde to po co to?! - podniósł wymownie kikut prawej ręki. Głos zaczynał mu się łamać.- Jeśli nie za tego chłopca to za co?!! Za co?!! Co ja takiego z robiłem? Czym sobie na to zasłużyłem? Dlaczego... - Ćśśśś - wystraszony Moryo podniósł się i niezręcznie objął brata, próbując go do siebie przyciągnąć. Tak roztrzęsionego jeszcze go nie widział. Nie za bardzo umiał sobie radzić w takich sytuacjach, to Kano był w tym dobry, nie on.- Już dobrze, nic już nie mów, ćśśśś... - to mówiąc, pomógł sobie drugą ręką i zdołał przezwyciężyć opór brata. Maitimo dał się objąć i oparł głowę na jego ramieniu. - Wcale nie jest dobrze - powiedział niewyraźnie. - Wiem - odrzekł Moryo szczerze. - Tak tylko bredzę udając przekonanie, bo tak podobno trzeba w takich okolicznościach. Maitimo parsknął mu w ramię i odprężył się. Długo w tej pozycji nie wytrzymali, bo żadnemu nie było wygodnie, z oparciem krzesła między nimi, więc Moryo uwolnił brata i przysiadł na swojej ławie. Przez moment wahał się, ale nie wytrzymał, bo sprawa męczyła go potwornie od dawna: - Z miejsca ruszyliśmy ci na odsiecz - zaczął, a z każdym słowem mówił coraz szybciej, jakby chciał to z siebie raz na zawsze wyrzucić - Tyelko puścił waszym tropem wszystkie psy, ścigaliśmy tych orków co tchu, przez całe Ard-Galen. Dotarlibyśmy aż do samego Thangorodrimu, gdyby nie to, że Morgoth wysłał przeciw nam armię na wilkach. Musieliśmy się wycofać. Wyrżnęliśmy wilki, ale nie poważyliśmy się na atak...Maitimo... wybacz. Bo ja sobie nigdy tego nie wybaczę. - Dobrze zrobiliście - Maitimo ujął go za rękę i nachylił się nad nim.- Nie ma tu co wybaczać, nie mieliście innego wyjścia. - Zostawiliśmy cię. - I słusznie uczyniliście. Wystarczy mi już, że mam na sumieniu śmierć całej mojej eskorty, którą powiodłem prosto w zasadzkę. Nie chcę, by dla mnie - przeze mnie - ginęli moi bracia. - Myśleliśmy, że nie żyjesz. Gdybyśmy wiedzieli... gdybyśmy się nie poddali... - I tak nic byście nie zdziałali. Nawet, gdybyście mnie znaleźli na tej skale. - Jak to? Przecież Findekano zdołał cię odnaleźć. - To co innego. - Uważasz, że mu nie dorównujemy w.. - To nie tak, Moryo. Ale gdybyście mnie znaleźli, mielibyście do wyboru zostawić mnie lub zastrzelić. I cieszę się, że wam oszczędzono tej próby. - Ale Findekano zdołał.. - Fin nie zdołałby mnie uratować - Maitimo mu przerwał - gdyby nie orzeł. - No właśnie. Skoro Manwe był skłonny zesłać ci orła na ratunek to... - Moryo, ty nic nie rozumiesz! - Maitimo znów mu przerwał. - Orzeł przyleciał, ponieważ to Fin, a nie kto inny, błagał o pomoc. Czy ty sądzisz, że ja się nie modliłem o ratunek? Że nie wołałem? Każdego dnia, przez te wszystkie lata dłuższe niż wieczność błagałem Manwego o zmiłowanie. Widywałem orły ze szczytu Thangorodrimu, o tak, widywałem i to dość często - usta Maitima wykrzywiły się w nieładnym uśmiechu - Patrolowały okolicę, czuwały. Wołałem, błagałem. Ile sił w płucach. Każdego dnia spoglądałem z nadzieją, że któryś przyleci i skróci mi cierpienia. Ale nie. Były głuche i ślepe. Dopiero Fin zdołał poruszyć serce Pana Ardy. Nie, Moryo. Żaden orzeł nie przyleciałby na waszą prośbę. Jesteśmy, przeklęci, bracie, przeklęci. - Ale jednak w końcu przyleciał - szepnął Moryo, walcząc z narastającym poczuciem grozy. - Bo Valarowie nie chcieli, żeby Fin splamił ręce krwią kuzyna. - Wiesz, co? - Moryo przymrużył oczy - Już wiem, rozgryzłem cię. Ty się po prostu zrobiłeś zgorzkniały. - Jak na to wpadłeś? - Maitimo też przymrużył oczy, ale na jego twarzy zabłąkał się cień uśmiechu i Moryo za wszelką cenę postanowił iść za ciosem i zmienić temat. Wystarczy im już posępnych rozmów na dziś. Na dziś! Na całe życie im wystarczy. - Przeklęty, zgorzkniały i rozczochrany. Coś obrzydliwego - oznajmił Moryo, ku swej wielkiej radości wywołując uśmiech na twarzy brata. - I ja temu czemuś ślubowałem posłuszeństwo! Że przeklętemu i zgorzkniałemu, to jeszcze mogę zrozumieć, ale takiemu czupiradłu? Hej, mam pomysł! Uczeszę cię i wyrównam ci włosy, dobrze? - Nie - uśmiech Maitima zgasł. - Na verya! Trzeba zrobić z tobą porządek. No już, bracie, uwiniemy się raz-dwa. - Moryo, nie! - Maitimo zesztywniał, uniósł głowę i wparł się plecami w oparcie krzesła, jakby się obawiał, że brat zrobi to siłą. Jak dotąd nikomu nie dał się uczesać, ani nawet dotknąć włosów i tak, jak krzywo zostały obcięte, tuż po jego powrocie, kiedy był nieprzytomny, tak i krzywo odrastały. Jego opór był tak silny w tej sprawie, że bracia postanowili na razie dać mu spokój. Moryo miał jednak w tej kwestii odmienne zdanie i postanowił skorzystać z okazji. - Kiedyś będziesz musiał zrobić z nimi porządek - stwierdził, szperając po szufladach komody w poszukiwaniu grzebienia i nożyczek. - Nie dziś. Słyszysz, Moryo? Nie chcę! - Wybacz, mój drogi - Moryo znalazł, czego szukał i wrócił na swoje miejsce.- Ale skoro podjąłeś dziś decyzję, że będziesz reprezentował rodzinę wobec stryja i całej reszty, to nie możesz tak wyglądać. A im szybciej zaczniesz nad sobą pracować, tym lepiej. Tu, w naszym obozie mogłeś sobie wyglądać jak ostatnie nieszczęście, ale jako Najwyższy Król zrzekający się korony, nie możesz obnosić na głowie gołębiego gniazda. - Wypraszam sobie!- rzucił Maitimo niby to z oburzeniem. - To ja sobie wypraszam, żeby mój król tak wyglądał. Maitimo przewrócił oczami, ale nie zaprotestował i Moryo wziął to za dobry znak. - Usiądę tu, dobrze?- zapytał, przysuwając ławę jak najbliżej krzesła się dało.- Będziesz widział moje ręce. Najpierw cię uczeszemy, potem zmoczymy i wyrównamy końcówki, a potem zaplotę ci dwa warkoczyki i zepnę, o tu i tu. Podrosły już na tyle, że powinno się udać. Co ty na to? - Idź sobie - burknął Maitimo z rezygnacją. - Prawda, że będzie ładnie? Od razu lepiej się poczujesz. - Lepiej się poczuję, jak wyjdziesz i dasz mi spokój. - Sam mnie tu zaprosiłeś. - I zastanawiam się właśnie co mnie opętało. - No dobrze, kiedy będziesz miał dość, to mi powiesz. - Mam dość. - Jeszcze cię nawet nie dotknąłem! - I niech tak zostanie. - Nie może tak zostać i dobrze o tym wiesz. Nie, nie zamykaj oczu. I nie spinaj się tak. Patrz na mnie i z bliska ciesz oczy mą unikalną urodą - Moryo zagłębił grzebień w miedziane włosy brata i ostrożnie zaczął rozczesywać pasmo po paśmie.- No i co? Bardzo strasznie? - Tak. - Podobno schwytanym elfom obcinają włosy na krótko. Ciekawe dlaczego tobie nie obcięli - rzucił Moryo bezmyślnie i dopiero w chwili, kiedy skończył wypowiadać to pytanie, przeklął w duchu swoją głupotę. Maitimo skrzywił się bowiem boleśnie i zacisnął palce na poręczy krzesła. - Przepraszam, braciszku, straszny ze mnie... - Powiedzieli, że nie obetną, bo za długie wygodniej jest przytrzymać - wycedził Maitimo.- A poza tym, jako król muszę się wyróżniać. Moryo przełknął ślinę i opuścił wzrok. - Myślisz, że kiedyś zdołasz zapomnieć? - szepnął. - Nie. Nigdy - odparł Maitimo spokojnym i pewnym głosem.- Będę pamiętał, *chcę* pamiętać, a nienawiść i te wspomnienia dadzą mi siłę do walki. Pożałuje, że mnie nie zabił, kiedy miał okazję. O, tak, gorzko tego pożałuje - to rzekłszy uśmiechnął się i trącił brata łokciem - No i co z tymi warkoczykami? Uczesz mnie wreszcie i wynoś się. I sam zrób ze sobą porządek, bo wyglądasz jak Osse po sztormie. - Na koniec świata za tobą pójdę, gdzie tylko zechcesz. Na jedno twoje słowo - powiedział Moryo żarliwie i z wielkim oddaniem.- na jedno skinieniem będę walczył tam, gdzie mi każesz. Do ostatniego tchu. I tak, wiem, wiem, mam sobie iść. Zaraz, za chwilę. Najpierw mi powiedz czy chcesz je mieć wyżej, czy niżej. O, tu? Nawet przeklęci musimy być ładni. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że w tej sytuacji musimy być szczególnie ładni. - I piegowaci. - To był cios poniżej pasa, bracie. - I rumiani. - Czasami cię nienawidzę. - To ci zdecydowanie dobrze robi na cerę. - Mścisz się za to, że cię czeszę? - Tak. - I masz nadzieję, że się obrażę i wyjdę? - Tak. - Pobożne życzenie. Maitimo? Myślisz, że jest gdzieś druga taka rodzina, jak my? - Na pewno nie. Nie było, nie ma i nie będzie. Miną tysiące lat, a wciąż będą o nas pisać i rozmawiać, zapewniam cię. |