
|
Napisali: Kasiopea & ML Granie rogów popłynęło ponad lasami ku twierdzy. Omiotło blanki i strzeliste wieżyce. Mgła przytłumiła dźwięk, odebrała mu echo. W dole na dziedzińcu rozszczekały się psy, a jeden z sokołów zaniósł się przenikliwym wizgiem. - Romennil powrócił, mój panie - rzekł sługa od drzwi.- Czy mam go tu do ciebie wezwać? - Sam przyjdzie - rzekł leniwie Caranthir, wsparty barkiem o okienną framugę. - Zaczekam na niego - oświadczył, z lubością wdychając aromatyczne, ciężkie od deszczu powietrze. - Mam przynieść wino i owoce? - Przynieś - Caranthir uśmiechnął się pod nosem, nie odrywając wzroku od okna. Młodzik ledwie dwa tygodnie temu został jego paziem i traktował swoją funkcję z ogromnym przejęciem. Skrzypnęły cicho zamykane drzwi, sądząc po odgłosach chłopak pobiegł, by jak najszybciej wypełnić polecenie swego pana. Caranthir uśmiechnął się ponownie, spoglądając w dół. Lasy parowały po deszczu. Pasma mgieł zasnuwały dolinę, to odsłaniając to przysłaniając widok. Zmierzchało i w tym szarym świetle wszystko wydawało się jeszcze bardziej zamglone. Uwielbiał taką pogodę. Dobrze, że został i dzięki temu mógł napawać się tym widokiem, w swojej komnacie, na swych włościach. Choć z drugiej strony... gdyby przyjął zaproszenie, teraz już pewnie zasiadałby u boku Maedhrosa na uczcie, w towarzystwie Maglora, Celegorma i bliźniaków. Na myśl o braciach przeszyło go nagłe ukłucie tęsknoty. Ambarussa wprawdzie niedawno zjechali do Thargelionu na łowy, jakieś cztery lata temu, a Maglor którejś wiosny gościł u niego przez ponad dwa miesiące, ale i tak stanowczo zbyt rzadko się spotykali. Celegorma na razie do siebie nie zapraszał, bo jego mania wybijania wszystkiego co się rusza, niezależnie czy bażant to, czy niedźwiedź, przybrała ostatnio dość niepokojące rozmiary, a Caranthir pragnął zachować choć trochę zwierzyny dla siebie. Curufin zaś, odebrawszy ostatnią dostawę rud żelaza i srebra, wrócił do siebie i zaszył się w swoich kuźniach. Maedhros był jedynym z braci, którego, mimo wciąż ponawianych prób, nie udało się ściągnąć do Thargelionu. Najstarszy brat nie chciał opuszczać swej twierdzy na Himringu i konsekwentnie, choć z żalem odmawiał. Caranthir to rozumiał i nie żywił urazy, przynajmniej dopóki nie dowiedział się od Maglora, że konieczność czuwania jakoś nie przeszkodziła Maedhrosowi udać się ubiegłej jesieni do Mithrimu, by odwiedzić Fingona. Thargelion leżał bliżej, a mimo to było mu tu za daleko. Dlatego więc, kiedy Maedhros zaprosił go na ucztę, Caranthir, ku zaskoczeniu starszego brata, kategorycznie i dość zjadliwie odmówił. Teraz jednak odrobinę tej decyzji żałował. Odrobinę. Chętnie by się z nimi wszystkimi spotkał, choć z drugiej strony, jeśli to prawda, że gościem honorowym miał być obok Fingona Angrod to może i lepiej, że został w domu. Sama myśl o tym że musiałby wysłuchiwać górnolotnych bzdur nadętego kuzyna i znosić jego wielkopańskie maniery, burzyła w nim krew. Pewnie znowu by nie wytrzymał, powiedział mu parę słów do słuchu i wybuchłaby awantura na miarę tej z narady w Mithrimie. Skoro nie chcesz waśni, to trzymaj tego żółtego fircyka z dala ode mnie - powiedział Maedhrosowi, który czynił mu wyrzuty. Od tamtej pory relacje z Angrodem znacznie się poprawiły, albowiem obaj zainteresowani dołożyli wszelkich starań, by już się więcej nie spotkać. Po cóż więc psuć tak idealny układ? No, a poza tym, jeśli wierzyć palantirowi , wreszcie nadarzała się okazja by zadośćuczynić Przysiędze. - Wejdź, przyjacielu - powiedział na głos, nim stojący na korytarzu elf zdążył zapukać. Drzwi otworzyły się i do komnaty wkroczył Romennil, wnosząc zapach lasu i koni. - Aiya! - rzekł z uśmiechem. - Ilu ich jest? - Caranthir odwrócił się, przymykając okno. Romennil zawahał się tylko przez chwilę, zaskoczenie szybko ustąpiło miejsca rozbawieniu. - Oczywiście - rzekł, odpinając płaszcz. Ściągnął go zamaszystym ruchem i przerzucił przez oparcie najbliższego krzesła - Powinienem się domyślić. W zasadzie po co wysyłasz nas na zwiady, o panie, skoro i tak widzisz wszystko w tym swoim krysztale? - Żebyście mi do reszty nie zgnuśnieli - Caranthir uśmiechnął się szeroko i z rozmachem rozłożył się w obitym skórami fotelu, opierając nogi na skrzyni. - Ilu więc? - Będzie ze cztery tysiące. Może nawet więcej - Romennil przysunął sobie krzesło i zasiadł naprzeciw niego. - Cztery tysiące? Pysznie! To doprawdy zrządzenie losu, że nie wyjechałem - oznajmił Caranthir, ruchem ręki pokazując paziowi, gdzie ma postawić wino i owoce. - Orkowie będą zapewne odmiennego zdania - zauważył Romennil, wybierając sobie dorodne jabłko. Caranthir odrzucił głowę na oparcie i zaśmiał się gromko. - Masz wolne do wieczora, chłopcze - rzekł, odprawiając pazia. - Jedno twoje słowo, a ruszymy jeszcze dziś - powiedział Romennil - Thondiel została w Zachodniej Strażnicy. Wystarczy, że zapalimy tu ognie na znak, że ruszamy, a ona już postawi tam całą załogę na nogi. Caranthir przeniósł wzrok na okno, poważniejąc. Thondiel. Sosenka. Żona Romennila. Mimo upływu czasu wciąż nie mógł wyzwolić się od uczucia zazdrości i każdorazowe wspomnienie Thondiel powodowało bolesne ukłucie w sercu. Wiedział, że to niskie i niegodne, wiedział, że powinien się cieszyć szczęściem towarzysza zamiast mu zazdrościć, ale to było silniejsze od niego. Zazdrościł Romennilowi, że może jechać na zwiad z małżonką u boku. Że razem odkrywają nowe krainy, razem śmieją się i płaczą. Razem planują przyszłość, szczęśliwi i wolni jak ptaki. Wściekle, rozpaczliwie mu zazdrościł. Bo to jego żona, żona Caranthira, powinna organizować teraz wymarsz ze Strażnicy. Jego żona, nie Thondiel, powinna się teraz spodziewać dziecka. I to ona, a nie Thondiel, powinna z miłości do swojego męża pokonać grozę Alqualonde i strach przed Proroctwem Mandosa. Prawda była jednak taka, że Illisse została w Amanie. I mimo tylu lat, jakie od rozstania upłynęły, gorycz Caranthira ani trochę nie osłabła. Mało co boli tak bardzo, jak świadomość, że się nie było kochanym. W każdym razie nie na tyle, by miłość przezwyciężyła wahanie. - Mój panie?- Romennil patrzył na niego uważnie. Caranthir potrząsnął głową, by opędzić się od niechcianych myśli. - Nie będziemy zapalać ogni - rzekł spokojnie.- Nie wyruszymy dziś. - Jutro zatem? - Nie! Jutro też nie. Myślę, że za jakieś dwa tygodnie. - Dwa tygodnie?! - Romennil niemal zakrztusił się winem.- Ale orkowie... - Orkowie dopiero co przekroczyli Ered Luin - przerwał mu Caranthir. - Chcę im dać czas, by się ośmielili. Żeby nie było tak, jak ostatnim razem, kiedy to czmychnęli z podkulonymi ogonami, ledwie nas zobaczyli i trzeba ich było gonić przez pół świata. Maglor był niezadowolony, że mu się z wojskiem pcham prawie pod samą przełęcz. Nie, tym razem chcę zakończyć sprawę u siebie. Niech wejdą głębiej w lasy, wtedy łatwiej będzie ich wybić wszystkich, co do jednego. - A nie obawiasz się, że narobią szkód? - Romennil podsunął mu tacę z owocami i Caranthir po chwili namysłu wybrał sobie suszoną morelę. - Nie jestem Ciemnym Elfem, który by szlochał nad utratą paru drzew - oznajmił z pełnymi ustami. - W tamtym rejonie nie ma naszych strażnic. - A ci, tam... Atani? - Romennil uniósł brew. - To nie moje zmartwienie. Sami tu przyszli, nieproszeni, to i sami niech uciekają. Nic mi do nich. Sięgnij po mapę, leży za tobą, i pokaż mi, gdzie dokładnie orkowie teraz są. - Tu - po chwili poszukiwań Romennil wbił palec w pergamin. - Mniej więcej w tym miejscu. - Hmmm - Caranthir też nachylił się nad mapą rozłożoną na skrzyni. - Widzę tu inny problem. - Szlak Naugrimów? - domyślił się Romennil. - Szlak Naugrimów - Caranthir pokiwał głową.- Orkowie są za blisko. Zdecydowanie za blisko. - Co zamierzasz? - Niech pomyślę - Caranthir odchylił się z powrotem na oparcie. - Ostatnia karawana na zachód przeszła tędy dzień po pełni. Będzie wracać na dniach. Postawimy wartowników na szlaku, żeby Naugrimów ostrzegli i zawrócili. W razie potrzeby zaprosimy ich, żeby przeczekali w naszej gościnie. - Naugrimowie tutaj? - Romennil skrzywił się boleśnie. - Nie krzywiłeś się tak, kiedy brałeś od nich miedź po cenie węgla - wytknął mu Caranthir. - Trzeba umacniać sąsiedzką przyjaźń, mój drogi. - Oczywiście, że trzeba... ale tutaj? No wiesz, mój panie, te ich straszliwe śpiewy, rzucanie toporami we wszystko, co jest z drewna i te... - I te ich złoża przebogate - dokończył Caranthir z uśmiechem. - No właśnie, ciekawe, czy umacnialibyśmy tę przyjaźń równie gorliwie, gdyby nie mieli tak dobrych kopalni - - Zapominasz się, Romennilu - zganił go Caranthir przyjaźnie. - Oczywiście, wybacz. Za dwa tygodnie zatem? - Za tydzień z okładem, powiedzmy. Dolicz jeszcze parę dni na pokonanie tej odległości. - A zatem za niespełna dwa tygodnie będziemy świętować zwycięstwo! - Romennil wzniósł swój puchar. - Za zwycięstwo! - Caranthir uniósł swój. Haranthor spojrzał na przedpole. Widok, który rozciągał się z częstokołu, nie napawał otuchą. Jak okiem sięgnąć widział ognie obozu orków. Ich wrzaski docierały aż tutaj. Obok chrapliwych głosów, dobiegało go stukanie siekier, toporów i młotów. Z niepokojem patrzył na wznoszone przez przeciwnika dziwne konstrukcje: przysadziste, pękate, drewniane wieże na kołach. Przy jednej z nich krzątali się orkowie, mozolnie mocując moczone w wielkich kadziach skóry. Dwie inne stały nieopodal, już ukończone. Obok dostrzegł coś na kształt chaty na kołach z podwójnym, spadzistym dachem. W krótszej ścianie miała wycięty kwadratowy otwór, przez który wystawała dużych rozmiarów, okuta na końcu belka. Dalej stała jakaś konstrukcja podobna do wielkiego żurawia. Nie wiedział, co knują poczwary. Nie był pewien, do czego mogą służyć te dziwa, ale było jasne, że szykują się do szturmu. Tym razem byli ostrożniejsi. - pomyślał nie bez satysfakcji Na początku sądzili zapewne, że ich liczebność i przewaga uzbrojenia wystarczą, by poradzić sobie z grupami rozproszonych po lasach Thargelionu ludzi. I gdyby nie Haldad, pewnie by się nie pomylili. Spojrzał na niedaleką ścianę lasu. W ciągu ostatnich dwóch pokoleń, jego lud nauczył się uważać tą krainę za swój dom. Tutaj poczuli się wreszcie bezpieczni, wolni od cienia, który spowijał krainy na wschodzie, za górami. Swoim zwyczajem rozproszyli się, żyjąc w niewielkich rodzinnych sadybach. Nagłe pojawienie się orków zupełnie ich zaskoczyło. To były łowy, a nie walka. Bezwzględny przeciwnik mordował wszystko i wszystkich. Nie szczędził ni mężów, ni kobiet, ani nawet dzieci. Nie brał jeńców, mordował nawet żywinę. Nie raz w dawnych czasach przychodziło im walczyć. A i tutaj, nie jeden spór między rodami rozstrzygnięto na drodze orężnej, ale z czymś takim nigdy dotąd się nie spotkali. Nie na wiele zdały się zasadzki i pułapki. Kamienne i kościane groty strzał były bezsilne wobec stalowych pancerzy. Za mało mieli broni i zbyt słabą, by skutecznie walczyć, a jednak walczyli, zajadle i bez nadziei. Samo okrucieństwo i bezwzględność przeciwnika było najlepsza zachętą do walki. Zwyczajnie nie mieli wyboru, musieli walczyć, lub zginąć. Więc walczyli, ginąc, ale i mając nadzieję, że w końcu orkowie zrezygnują. Tylko, że oni nie chcieli zrezygnować. Wtedy właśnie Haldad, już wcześniej cieszący się znacznym mirem, zgromadził wokół siebie wszystkich, których zdołał i poprowadził tutaj, w widły Askaru i Gelionu, gdzie założyli umocnione obozowisko. Tu schroniły się niedobitki i uciekinierzy ich ludu. Odwrócił się i spojrzał na obozowisko, bezładne zbiorowisko szałasów namiotów i w pośpiechu wzniesionych kleci. W sumie kilkanaście setek mężów i czterokroć tyle kobiet i dzieci. Kiedy orkowie tu przyszli, pewni siebie uderzyli z marszu i wpadli w pułapkę. Wilcze doły zapełniły się zwłokami tych bestii, reszta cofnęła się pod gradem strzał, oszczepów i kamieni. Drugowie, niczym duchy ścigali ich po lesie, zabijając bez pardonu każdego, który wpadł im w ręce. Dzisiaj pamięć tamtej, tak nieodległej przecież chwili triumfu, zatarła się. Dzień później przyszło więcej orków, zbyt wielu, by mogli ich powstrzymać w otwartym polu. Cofnęli się za palisadę i tak zaczęło się oblężenie. Jednak dzięki zdobytemu wtedy orężowi, nie byli już tak bardzo bezbronni. Spojrzał na swój topór. Orkowa robota. - pomyślał - Nie piękna, ale dobra, mocna i skuteczna. Nie to, co jego dawna siekiera o ostrzu z miękkiego żelaza. Świadomość, że broń orków służy jemu i jego pobratymcom do ich zabijania, rodziła w nim zimną satysfakcję. Przez kilka pierwszych dni oblężenia orkowie atakowali niemal bez przerwy. Jednak przyparta do muru zwierzyna ciągle kąsała i to boleśnie. Zajadłością i desperacją wyrównywała niedostatki uzbrojenia i liczebną przewagę wroga. Haranthor uśmiechnął się ponuro. Drogo sprzedawali swoje życie! Dlatego tym razem orkowie działali ostrożniej. Przez ponad tydzień czekali, aż głód odbierze im siły, a teraz zamierzali zaatakować ponownie. Wysoka, ponad trzydziestoletnia kobieta szła energicznym krokiem przez obozowisko. Jej ciemne włosy przetykały pierwsze pasma siwizny. Nie była piękna, ale niewątpliwie przyciągała wzrok. Tym, co najpierw zwracało uwagę były jej oczy, szare i bystre, o twardym, przenikliwym spojrzeniu, bardziej pasującym do męża, niż niewiasty. Mogło się wydawać, że nie spogląda na mijane namioty, szałasy i byle jak sklecone chaty, które służyły ludziom za schronienie. Widziała jednak wszystko dokładnie. Otaczająca ją nędzę. Kobiety o ponurych, zaciętych twarzach, warzące nędzną strawę. Biegające wszędzie brudne i wychudzone dzieci, którym towarzyszyły nie mniej wychudłe psy. Poza psami nie było już w obozie żadnych zwierząt; wszystkie zostały zjedzone. Jadło się kończyło, nawet psów było ostatnio jakby mniej. W oczach mijanych mężczyzn i kobiet widziała determinację, desperację i brak nadziei. Jej też nie były obce te uczucia, tyle że ona nie mogła okazać słabości, nie mogła sobie pozwolić na ten komfort. Nawet, kiedy przyniesiono porąbane ciała jej ojca i brata, nie uroniła jednej łzy. Zazdrościła bratowej jej rozpaczy; tak bardzo chciała dać upust swoim uczuciom, tej pustce i żalowi, które wypełniły jej duszę i serce, ale nie mogła. Jej nie było wolno. Z kamienną twarzą, patrzyła jak przygotowywano ciała do obrzędów pogrzebowych. Pocieszała ludzi, podtrzymywała ich na duchu. Mówiła, że muszą trwać, bo przecież nic innego im nie pozostawało. Poddanie oznaczało pewną śmierć. Tyle, że przychodziło jej to z coraz większym trudem Czy jednak walka oznaczała co innego? - To pytanie zadawała sobie niejednokrotnie. I jak dotąd nie znalazła na nie odpowiedzi. Z każdym dniem narastały w niej wątpliwości. A jednak trwała, wierna pamięci ojca i brata, wierząc tak jak oni, że lepiej umrzeć z bronią w ręku, niż śmiercią skazańca na kolanach. - Pani Haletho! Pani Haletho! Odwróciła się. Nikły uśmiech zagościł na jej twarzy na widok młodego bratanka, Haldana. - Czy mogę iść z tobą, pani? - spytał nieco lękliwie. - Oczywiście. Nie widziała powodu, by mu odmówić. W obozie nie było bezpiecznych miejsc. Nad każdym, niezależnie od wieku, wisiała ciemna chmura śmierci. Kto wie czy ten dzieciuch nie będzie musiał jej zastąpić po następnym starciu? - Chodź! Posłusznie i w milczeniu podążył za nią, wyraźnie onieśmielony. Jego milczenie i onieśmielenie trochę ją drażniły, nie taki powinien być przyszły wódz, dość jednak miała na głowie, by go teraz upominać. Czas na to przyjdzie później. Wkrótce dotarli do częstokołu. Miejscami osmalony i naruszony, wciąż trwał. Staranne i niestrudzone dłonie łatały wyrwy, które pozostawiały kolejne ataki okrutnego przeciwnika. Wspięli się na zwieńczenie częstokołu. - Co się dzieje, Haranthorze? - spytała oczekującego jej ponurego mężczyzny. - Zobacz sama, pani. Haletha spojrzała we wskazanym kierunku. Nigdy nie widziała czegoś takiego. - Gotowią się do szturmu! - usłyszała za plecami głos Haldana. - Ano gotowią się. Uderzą rychło. Pewnie jeszcze przed świtaniem. - Spojrzała na powoli chylące się ku zachodowi słońce. - Trza będzie na noc podwoić straże i ludzi trzymać w pogotowiu. Haranthor skinął głową Haletha patrzyła jeszcze przez chwilę na obóz wroga. Nie miała wątpliwości, że szykuje się do ostatecznego szturmu. Zdusiła kiełkujący gdzieś w środku strach. Jej spojrzenie stwardniało i kiedy popatrzyła na Haranthora, nie było w nim ni cienia wątpliwości. - Zawezwiesz cała starszyznę do mego namiotu. Mają tam być jak najszybciej. - Tak jest! - Wszystkie starsze kobiety, starcy, dzieci i podrostki młodsze niż czternaście zim mają się zgromadzić na noc, w wewnętrznym szańcu, a wszyscy mężczyźni i chłopcy powyżej czternastu oraz młode kobiety mają się stawić tutaj na godzinę przed zachodem słońca. Wszystkim rozdasz broń. - Pani, nie starczy dla wszystkich. - To rozdasz wszystkim, dla których starczy. - Tak, pani. - Trza przygotować kotły na wodę i smołę, a także blachy do prażenia piasku. Przygotujesz jak najwięcej pakuł do ognistych strzał. - Tak, pani, ale... - Co, ale? - Mamy mało smoły. - Trudno. Będzie musiało starczyć tyle, ile mamy. Haranthor skinął głową i pobiegł wykonać polecenia. Haletha raz jeszcze spojrzała na przedpole i mrówczą pracę orków. Nie miała wątpliwości, zbliżał się koniec. - Czy wytrzymamy ten szturm? - dobiegło ją ciche pytanie Haldana Na chwilę zawahała się, ale postanowiła nie ukrywać przed nim prawdy. - Nie wiem! Boję się, że tym razem nie damy rady. - Ostatnie słowa powiedziała patrząc mu prosto w oczy. - Ludzie są zmęczeni, mają coraz mniej sił. - Pani, czy już znikąd nie możemy spodziewać się pomocy? Kilku stających w pobliżu mężczyzn spojrzało na nią. W ich oczach wyczytała to samo pełne rozpaczliwej nadziei pytanie. Haletha odwróciła od nich wzrok i milczała przez dłuższą chwilę, patrząc na orków krzątających się niczym mrówki w mrowisku. - A od kogo się jej spodziewasz? - Spytała cicho, spokojnym, zmęczonym głosem. - Od kogo? Od naszych pobratymców? Przecież wszyscy są tutaj, a ci, których tu nie ma, albo nie żyją, albo ukrywają się w leśnych komyszach, dziękując duchom przodków, że jeszcze żyją. A może od krasnoludów siedzących w swoich podziemnych grodach?... Wszyscy milczeli. W ponurej ciszy, jeszcze wyraźniej było słychać głosy orków i stukot toporów i młotów. - A - Haldan zawahał się - może Nimir ...? - przerwał wpół zdania, gdyż Haletha gwałtownie odwróciła się ku niemu, a w jej oczach płonął żar gniewu. Młoda dziewczyna szła sama przez las, delektując się świeżością wiosennego poranka. Z domu wymknęła się przed świtem, kiedy wszyscy jeszcze spali. Zresztą robiła to nie pierwszy raz. I na pewno nie ostatni - pomyślała wesoło. Wiedziała, że ojciec będzie zły, a matka znowu spojrzy na nią tym swoim, pełnym niemego wyrzutu spojrzeniem, którego tak naprawdę obawiała się bardziej niż hałaśliwego gniewu ojca. Jednak tych kilka godzin dzikiej swobody i samotności, warte było tego. Lubiła się włóczyć sama po lesie, zwłaszcza późną wiosną, kiedy zieleń ciągle była tak świeża, a las rozśpiewany ptasimi głosami. Kiedy powietrze napawało otuchą i radością, a zapach leśnych kwiatów upajał lepiej niż młode wino. Brat śmiał się z niej, że widać ma w sobie coś z Druga. Kiedyś, kiedy była młodsza denerwowało ją to, teraz była dumna z tego porównania. W końcu nikt z ludzi nie potrafił dorównać Drugom w znajomości żywej przyrody. Dobrze rozumiała mowę lasu i strumieni. Bez trudu rozpoznawała drzewa i inne rośliny. Po samych odgłosach umiała poznać, jakie zwierzę się zbliżało. Nie bała się lasu, przeciwnie czuła się w nim jak w domu; nawet lepiej, bo wolna od ojcowskich i matczynych nakazów. Spojrzała na słońce przeświecające przez korony drzew. Było już późno. Niewiele brakło do południa. Wiedziała, że powinna wracać, ale coś ciągnęło ją dalej i dalej w głąb lasu, silniej niż zazwyczaj. Czuła w sercu dziwny niepokój, jakby wyczekiwanie. A co mi tam! I tak mnie bura nie ominie. To stwierdziwszy wesoło ruszyła w głąb lasu. Niespodziewanie nieznany odgłos wyrwał ją z beztroskiego zamyślenia. To nie było żadne ze znanych jej zwierząt. Co to mogło być? Wydawało się jej, że znała wszystko, co żyło w okolicznych lasach, a te głosy były obce, choć nie złowrogie. Mimo to, odruchowo i najciszej jak umiała, skryła się w pobliskich zaroślach, po czym powoli i bardzo ostrożnie ruszyła w stronę, skąd dobiegały tajemnicze odgłosy. Wkrótce znalazła się na skraju niewielkiej polany. To, co na niej zobaczyła zaskoczyło ją zupełnie. Ujrzała tam konie, ale jakie. Nie te krępe, kudłate, do których była przyzwyczajona. Przed nią stały dumne i rosłe zwierzęta, o błyszczącej sierści i szlachetnej postawie. Zarzucały od czasu do czasu kształtnymi łbami, potrząsając przy okazji bujnymi grzywami. Ich nerwowe ruchy były pełne gracji i siły, a w oczach błyszczała inteligencja. Jednak to nie widok tych szlachetnych koni najbardziej ją poruszył. Obok wierzchowców stały istoty, o których słyszała tylko w opowieściach myśliwych i wędrowców. - Nimir - jej usta bezwiednie i bezgłośnie wypowiedziały ich nazwę w języku Ludu Maracha. Starsi opowiadali czasami, że daleko w wielkich lasach na wschodzie jej lud napotykał ich niekiedy. Ale tak, jak te konie różniły się od ich pośledniejszych krewniaków, tak i ci Nimir byli zupełnie inni od tych z dawnych opowieści. Ci byli niezwykle wysocy i mocno zbudowani, choć wysmukli. Ubrani w szaty z tkaniny, jakiej nigdy wcześniej nie widziała, pięknej i mieniącej się niezliczonymi odcieniami zieleni. Na wierzchu nosili kubraki z miękko wyprawionej skóry. Ciemne włosy mieli ujęte w złote lub srebrne opaski. Misternie wykonane pasy obciążały długie proste miecze i sztylety o wąskich głowniach. Cały ich strój świadczył o doskonałych umiejętnościach rzemieślników, którzy go wykonali. Niczego takiego wcześniej nie widziała, nawet u krasnoludzkich kupców. Zresztą nie tylko strój ich wyróżniał. Na pierwszy rzut oka podobni do ludzi, a jednak byli od nich odmienni. Otaczała ich dziwna aura, wydawało się, że ledwie uchwytne światło przeświecało przez ich ciała. W przedziwny sposób łączyli w sobie wszystkie te cechy, które sprawiały, że każdy z nich był dla ludzkiego oka piękny. Tak piękny, że aż bolało, że aż doskwierała własna niedoskonałość. Już wiedziała, dlaczego lud Maracha nazwał ich Nimir. Nazwa była jak najbardziej uzasadniona. Rozmawiali ze sobą w języku, którego nie rozumiała, ale barwa i melodia wypowiadanych przez nich słów i tak ją urzekła. Po zachowaniu poznała, że czegoś lub kogoś szukają. Bardzo ostrożnie przysunęła się bliżej. I choć nawet najmniejsza gałązka nie trzasnęła pod jej stopą, natychmiast odwrócili głowy w jej stronę. Teraz dokładnie ujrzała ich nieludzko piękne, regularne twarze i oczy. Oczy lśniące niesamowitym przeszywającym blaskiem, budzące zachwyt i lęk zarazem. Wszyscy byli piękni, dostojni a ich ruchy pełne gracji. Ale jeden z nich szczególnie przykuł jej uwagę. Wyższy od pozostałych, o kruczoczarnych błyszczących włosach i oczach, w których gorzał intensywniejszy niż u innych ogień. Jego twarz miała niezwykłą, odmienną niż u pozostałych smagłą karnację jakby lekkiego brązu. W jego oczach i ruchach wyczytała siłę i zdecydowanie, dumę bliską arogancji, a także gwałtowność, a nawet dzikość. Jakimś sposobem czuła, że za tym pięknym obliczem wre wulkan emocji. Jeden z nich sięgnął po łuk. I aż dech zaparło jej w piersiach. Tak pięknej broni jeszcze nie widziała, choć Haladinowie byli zawołanymi łucznikami. Piękno tego łuku mówiło o jego zabójczej skuteczności. I nagle pojęła, że to w nią jest wycelowana strzała. Niewiele się namyślając wyszła z zarośli. Na ich twarzach odmalowało się zaskoczenie. Przez jakiś czas spoglądali na siebie w milczeniu, kiedy nagle ten o smagłej karnacji coś powiedział melodyjnym głosem, po czym wybuchnął perlistym śmiechem, zaraz też dołączyła do niego reszta jego towarzyszy. Ona zaś czuła się głupio, zagubiona i niepewna. Nie rozumiała, co się stało? Dlaczego się śmieją? Czy to z niej się śmieją czy z sytuacji? Nie wiedziała, co ma powiedzieć czy uczynić? Jedno musiała przyznać, że kiedy się śmieli, to tak, jakby cały świat się śmiał. Tyle, że jej mimo to nie było do śmiechu. Czuła się, jak głupiutka, mała dziewczynka i bardzo jej się to uczucie nie podobało. Haletha otrząsnęła się ze wspomnień. Od tamtej pory już nie wyruszała na samotne eskapady. Nie chciała nawet przypadkiem ich spotykać. Nie chciała raz jeszcze przeżywać takiego upokorzenia. Nie chciała słyszeć tego śmiechu, który choć tak piękny, ranił serce głębiej niż orkowa strzała. Nikomu wówczas o tym nie powiedziała. Dopiero po wielu latach przyznała się ojcu i bratu, co wówczas się wydarzyło. A choć nie chciała ich więcej spotkać, to nauczyła się nieco mowy elfów, od jednego z Beorian, który przez kilka lat mieszkał w sadybie jej ojca. Nie chciała, przy następnym spotkaniu, gdyby los tak sprawił, nie wiedzieć, nie rozumieć, co do niej lub o niej mówią. Nie chciała się czuć jak mała, głupiutka dziewczynka. Mimo upływu lat wstyd i upokorzenie nie chciały ustąpić. Tak jak nie umiała wyrzucić ze swej pamięci wspomnienia przystojnej, smagłej twarzy tamtego elfa. - Czego się po nich spodziewasz? Pomocy?! - wycedziła z trudem przez zaciśnięte zęby. - Przecież dla nich jesteśmy warci mniej, niż gzy które gryzą ich szlachetne konie. Jękliwy dźwięk trąb wyrwał ją z niespokojnej drzemki. Jeszcze nim wbiegła służka, wiedziała, że orkowie ruszyli do ostatecznego szturmu. Nagle wszystkie lęki i wątpliwości odpłynęły w nicość. Hiril sprawnie pomagała jej wdziać i dopiąć orkową zbroję, którą kowal dopasował dla niej z niemałym trudem i wydatną pomocą kaletnika. Dzięki niej mogła się czuć w miarę bezpieczna, a na pewno bezpieczniejsza od większości jej pobratymców. Ot, jeden z nielicznych przywilejów dowódcy. Usłyszała dziwny świst, a potem łoskot jakby gradu, tyle, że o wiele głośniejszy. Skrzypnęły drzwi szopy. Odwróciła się i zobaczyła Brandira. - Pani, szturm się zaczął!!! - Wiem o tym! Głucha nie jestem! - powiedziała nieco zbyt szorstko - Masz coś bardziej konkretnego? - Pani, idzie ich wielka chmara i.... - chłopak był wyraźnie wystraszony. Nie żeby się bardzo dziwiła. Wszyscy czuli, że koniec się zbliża, ale to nie ten rodzaj strachu dostrzegła w jego oczach - Co i? Co się stało? - Te wielkie wieże... - nie mógł złapać tchu - Tak?! - w jej głosie było coraz mniej cierpliwości. - No, zaczęli pchać ku naszemu częstokołowi, tak jak i tamtą dziwaczną budę. I tak się ostatecznie wyjaśniło, czemu służyć miały tamte konstrukcje. Choć po prawdzie to już wcześniej się tego spodziewała. Musiała się pospieszyć. Strach w oczach Brandira, który do lękliwych nie należał, kazał jej się obawiać, że może wybuchnąć panika. A jeżeli tak się stanie, to nie będą już mieli, żadnych, nawet najmniejszych szans na przetrwanie szturmu. Znowu usłyszała dziwny świst i odgłos jakby wielkiego gradu, ale nie miała czasu spytać Brandira co to takiego. Na szczęście służebna skończyła wreszcie dopinanie zbroi. Haletha podała Brandirowi swoją tarczę, a sama chwyciła za krzywy miecz. Machnęła dwa razy, aż zafurkotało powietrze. Dobra orkowa robota - pomyślała - W sam raz na twarde orkowe karki. Nie włożyła hełmu. Zawsze starała się go zakładać w ostatniej chwili. Nie lubiła hełmów. Podała go Brandirowi. - Idziemy - warknęła krótko Na zewnątrz ostatnie promienie zachodzącego słońca zabarwiły niebo na kolor krwi. Orkowie uderzyli wcześniej niż sądziła. Widno spieszą się, lub są pewni siebie. - pomyślała - No cóż, przyjdzie im za ten pośpiech i arogancję zapłacić. I to drogo. Energicznym krokiem ruszyła ku częstokołowi. Wszędzie panował rozgardiasz. Młode i starsze kobiety, oraz grupa podrostków biegali z wiadrami wody gasząc ogień. Skąd te pożary? - zabłysło w jej głowie pytanie - Przecież ta część obozu była poza zasięgiem łuków. - Co tu się stało? - chciała coś jeszcze dodać, ale znowu usłyszała dziwny świst. - Pani, trzeba się kryć - zawołał przerażony Brandir, ciągnąc ją w stronę najbliższej kleci. Nie zdążyli do niej dobiec, gdy jakieś trzydzieści kroków od nich spadł grad dużych kamieni, na szczęście tym razem nie robiąc nikomu krzywdy. - Co to było? - spytała głucho. - To coś podobne do studziennego żurawia miota kamienie, a czasami zapalone pakuły. Teraz stało się jasne, skąd się wzięły pożary tak daleko od wału. I jak mamy zatrzymać tego przeciwnika? - pomyślała - Nie dość, zajadłego, to jeszcze tak przemyślnego. - Pani !? - usłyszała głos Brandira - Jak mamy z nimi walczyć? To pytanie pomogło jej otrząsnąć się. Musiała być silna, nie, nie dla siebie, ale dla innych. Jeżeli mieli wytrwać to musieli wierzyć, musieli mieć nadzieję. Musieli mieć w niej oparcie. - Normalnie Brandirze. Normalnie, jak do tej pory. Parę zniszczonych kleci, szałasów i namiotów nic nie zmienia. Trza jeno twardo trzymać oręż w prawicy i gęsto szyć z łuków. Tyle razy ich odparliśmy, i teraz odeprzem. A zresztą... - zawahała się na chwilę - Czy mamy inne wyjście? - spojrzała mu prosto w oczy - Nie! -Tedy bieżajmy szybciej na wały. Bała się, że zastanie chaos, a może nawet panikę. Było jednak inaczej. Ludzie wiedzieli, co czynić. Kobiety stały przy kotłach, w których bulgotała smoła. Podrostki taszczyły na częstokół pęki strzał i naręcza włóczni i oszczepów. Grupa mężczyzn podpierała i umacniała bramę. To, co widziała budziło w niej zadowolenie, ale poczuła też dziwny żal, mignęła jej przez głowę zaskakująca myśl, że w sumie nie jest potrzebna. Szybko jednak stłumiła ją w sobie, zwłaszcza, że na jej widok ludzie podnosili głowy i uśmiechali się. W ich oczach zapalała się nieśmiała iskra nadziei. A jednak była im potrzebna i to dodawało jej sił. Wbiegła na częstokół. Tam też wrzały przygotowania. Na niewielkich paleniskach stały kotły z gotująca się wodą lub prażył się piasek. Dziewczyny oplatały strzały nasmołowanymi pakułami. Mężczyźni gotowali się do walki, po raz ostatni opatrując swoja broń. Wyczuwała w nich ten specyficzny nastrój, mieszaninę strachu, zdenerwowania i niecierpliwości. Spojrzała na przedpole. Mimo zapadającego szybko mroku, wyraźnie widziała ciemne szeregi orków. Tym razem nie atakowali z rozwrzeszczana furią. Szli powoli w zwartych szykach i co dziwniejsze w milczeniu. W tym milczącym marszu było o wiele więcej grozy, niż we wrzaskach, do których się przyzwyczaili. I jeszcze te powoli sunące, dziwaczne machiny. Usłyszała krótkie, niezbyt głośne skrzypnięcie, a potem świst kamieni lecących nad głowami. Kilku mężów nie wytrzymało napięcia i zaczęło strzelać z łuków, choć dystans ciągle był zbyt wielki. - Staaać!!! - krzyknęła - Nie marnować strzał! Rozejrzała się wokoło. Jej ludzie, tak jak ona, czuli większy lęk przed tą milcząca, ledwie widoczną w zapadającym mroku, czernią, niż przed pełnymi furii szturmami. - Haladinowie!!! - zawołała - Ludu Haldada!!! Widzę w waszych oczach lęk!!! Nie bójcie się! Spojrzyjcie, to oni się was boją! Skryli się za ścianami z drewna, skóry i żelaza. Patrzajcie! Nawet w ataku są ostrożni! Gdzie podziała się ich furia i groza?! Gdzie wrzaskliwa arogancja?! Nie ma ich!!! Nie ma!!! Zasialiście w ich sercach obawę! Dlatego niech wasze serca wyzbędą się lęku! Nieopodal zobaczyła Haranthora, obok którego stał Haldan. Podeszła do nich. - Haranthorze. - Tak, pani? - Rozmieść dwie trzecie lepiej zbrojnych, równomiernie na całej długości częstokołu. Reszta niech czeka w odwodzie u stóp wału. - Tak, pani. - Poczekaj to jeszcze nie wszystko. - zatrzymała go - wszystkich łuczników daj na wał. Połowa ma się skupić na machinach, druga połowa na orkach. Haranthor skinął głowa i ruszył wykonać rozkazy. - Ty, Haldanie - zwróciła się do bratanka - zbierzesz wszystkich niedorostków na dół, do noszenia kotłów ze smołą i wrzątkiem. Dopilnujesz, by nawet na chwilę nie zabrakło ni smoły, ni wrzątku, ni prażonego piasku. Biegnij już, tylko szybko. - Tak, pani! Raz jeszcze spojrzała na przedpole. Przeciwnik był coraz bliżej. Wchodził powoli w zasięg strzał. Musiała jednak odczekać, aż Haranthor wykona jej polecenie. Wreszcie zdyszany powrócił. Wzniosła w górę miecz, na którym zatańczyły czerwone niczym krew promienie zachodzącego słońca. Na ten znak niemal tysiąc płonących strzał wzbiło się w niebo, i setkami złoto-czerwonych ogników spadło na czarny tłum orków lub uderzyło w dziwaczne machiny. I nagle w powietrze wzbił się przeciągły ryk z tysięcy gardeł bestii. Nie darmo Nimir, nazywali ich Glamhoth - wrzeszcząca horda. I ruszyli teraz niczym czarna burza, niczym czarna fala chcąca zalać samotny ostrów. - Śmierć bestiom! - zawołała Haletha - Śmieeeeeeerć! - usłyszał w odpowiedzi ryk z niemal dwóch tysięcy gardeł. Wyciągnęła rękę. Brandir podał jej hełm, który zdecydowanym ruchem wcisnęła na głowę, w lewicę ujęła szczyt. Ogarnął ja błogi spokój. Skończyły się wątpliwości. Wszystko miało się wreszcie rozstrzygnąć. Łucznicy strzelali jak oszaleli, posyłając strzałę za strzałą w czarny tłum, ale ten grad strzał nie był w stanie zatrzymać przypływu. Czarna fala nieubłaganie zbliżała się do częstokołu. - Dawać smołę, piasek i wrzątek Jeszcze chwila a dziesiątki drabin przystawiono do częstokołu. Orkowie leźli na umocnienia niczym robactwo. Haladinowie, rzucili się na przeciwnika i zaraz zwarli się w śmiertelnym tańcu. Haletha wiedziała, że teraz już niewiele może zrobić. Wszystko zależało od siły rąk, wprawy i determinacji obrońców. W tej walce nie było finezji, tylko krwawa rąbanina. Haletha doskoczyła do niskiego goblina, który dopiero co wspiął się na wał i jednym pchnięciem strąciła do na dół. Na jego miejsce wyrósł jednak następny i to znacznie większy. Cięła go krótko w szyję, nim sam zadał cios. Ale już następny się pchał do góry. Halteha odskoczyła, jej miejsce zajął Brandir. Rozejrzała się. Orkowie, niczym czarne robactwo, leźli na wały, wydawałoby się niepowstrzymana falą. A jednak nie. Furia obrońców przynosiła efekty. Wiele drabin leżało już w dole. W innych miejscach napór przeciwnika wyraźnie zelżał. Strumienie smoły i wrzątku, skutecznie odstraszały kolejnych chętnych. Czując to raczej niż widząc, obrońcy zdwoili wysiłki i mocniej zaatakowali. Przewaga wzrostu i siły dawała o sobie znać. Wreszcie fala cofnęła się, choć tylko nieznacznie. Odepchnięto resztę drabin. Na wałach zostało ledwie kilkudziesięciu orków, ale tych szybko wybito. Pierwszy szturm został odparty, cena jednak była wysoka. Wszędzie widziała trupy obrońców, jej uszu dobiegał jęk rannych i dogorywających. Jej wzrok przyciągnęła jasna czupryna młodego otroka. Nie miał nawet szesnastu wiosen. Jego dziecięca jeszcze twarz wyglądała, jakby spał, tylko paskudna rana przecinająca na ukos jego pierś mówiła co innego. Nie było jednak czasu na rozmyślania. Wróg się tylko cofnął, aby nabrać rozpędu do kolejnego skoku. Drewniane wieże powoli, acz nieubłaganie zbliżały się do częstokołu. Wiedziała, że kiedy dotrą do palisady, obrońcy żadną miarą nie powstrzymają czarnej fali. Zastanowiła się, czy nie zatrąbić do odwrotu. Ale nie, jeszcze było za wcześnie. Najbliższa z wież ciągle była o ponad sto rangar od wału. Nagle częstokół zadrżał, jakby uderzony pięścią kamiennego olbrzyma, a jej uszu dobiegł głuchy łoskot. Nie bacząc na zagrożenie wychyliła się. To chyża na kołach dojechała do umocnień i gruba okuta żelazem belka zaczęła regularnie i z wielką siłą tłuc w palisadę. Łucznicy zaczęli gęściej szyć zapalonymi strzałami, ale ogień nie imał się obitych skórą desek. - Dawajcie smołę i kamienie!!! - krzyknęła - Jeno szybko i dużo. Nie wiadomo, kiedy zgasły ostatnie promienie zachodzącego słońca, a wokół zapanował mrok, rozjaśniany jedynie blaskiem pochodni, ognisk i palących się chyż. Nagle Halethę dobiegł ryk triumfu. Kiedy większość obrońców skupiła się na machinie, oddział orków niepostrzeżenie wspiął się na częstokół nieopodal brzegów Askaru. Teraz parli wzdłuż wałów mordując każdego na swej drodze. Kilkudziesięciu zeskoczyło do obozu. Haldan nie stracił jednak głowy. Ruszył do ataku na czele odwodu i po krótkim, acz gwałtownym starciu wszyscy orkowie, którzy dostali się do środka zostali wybici. Haletha tymczasem zwołała najbliżej stojących wojów i rzuciła się na tych, którzy wdarli się na wały. Ci, rażeni strzałami także od dołu, nie wytrzymali furii ataku i pierzchli w stronę rzeki, gdzie większość z nich znalazła śmierć. Palisadą wstrząsnął kolejny łoskot. To z ruchomej wieży spuszczono pomost, którym dziesiątki orków wdarły się na wały. Haletha zajęta odpieraniem poprzedniego ataku, nie zauważyła, że najbliższa z wież dotarła do palisady. Pozostałe dwie, też były już blisko. To był koniec. Wiedziała o tym, lecz nie straciła głowy. Był już najwyższy czas, by otrąbić odwrót na wewnętrzna linię umocnień. Na wałach wrzała zażarta bitwa. Haladinowie walczyli jak wilki. Ginęli, ale za każdego zabitego padało dwóch, trzech orków. Na chwilę zatrzymali czarna falę. Jednakowoż Haletha nie miała wątpliwości, że częstokół jest stracony. - Zadmij w róg do odwrotu! - rozkazała Brandirowi Jękliwy głos rogu przedarł się przez zgiełk bitwy. Wojownicy Haldinów zaczęli się cofać. Na rozkaz Halethy dwie seciny łuczników zasypały gradem strzał skłębionych na częstokole orków. Haranthor na czele kolejnych dwóch secin ciężkozbrojnych został w odwodzie, by osłaniać odwrót reszty wojowników. Odwrót przebiegał, jak na razie składnie. Zaskoczeni orkowie, podejrzewając zasadzkę, nie ruszyli w pościg za wycofującymi się obrońcami. Haletha już miała się odwrócić, gdy coś potężnie huknęło. W pierwszym momencie nie zorientowała się, co się stało. Dopiero po chwili dotarło od niej, że zawalił się cały fragment częstokołu. Zaraz też przez wyrwę do obozu wdarły się setki orków. Haranthor rzucił się na nich ze swoimi wojami. Jakimś cudem na chwilę powstrzymał te nawałnicę. Ale tylko na chwile. Haletha skrzyknęła tylu wojów, ilu zdołała i sformowała w najeżony włóczniami, mieczami i toporami czworobok, który powoli zaczął się cofać ku wewnętrznym umocnieniom. Na jej oczach czarna fala ogarnęła oddział Haranthora. Zacisnęła pięć w bezsilnej złości. Nie było sposobu by mu pomóc. Hufiec Haranthora mimo miażdżącej przewagi nie ustępował. Nie dał się rozerwać przeważającej liczbie wroga, choć ociekał krwią. Swoim życiem kupowali czas potrzebny reszcie do odwrotu. Haletha zmusiła się by nie iść na pomoc przyjacielowi. To nie miało sensu. Ponagliła swoich wojów do szybszego marszu. Nieliczni orkowie, podążający za jej hufcem niczym wilki za ranną zwierzyną, nie ważyli się zaatakować. Woleli polować na pojedynczych uciekinierów. Ostrzeliwali go tylko z łuków i proc. Wewnętrzne obwałowanie było już niedaleko, Haletha nie pozwoliła przyśpieszyć kroku. Bała się, że szyk się rozpadnie. Na szczęście na spotkanie wybiegły zza wału dziesiątki łuczników, którzy odgonili natrętów, a jej oddział nie niepokojony skrył się za drugim wałem. Wspięła się szybko na wał, ale nie dostrzegł już oddziału Haranthora. Został pochłonięty przez fale czarnego przypływu. Ostatni pojedynczy wojownicy dobiegali do umocnień i chronili się w ich wnętrzu. Z ulga dostrzegła wśród nich Haldana. Ze skrywanym przerażeniem spoglądała na panujący tu ścisk. Było jasne, że długo nie wytrzymają, że jeżeli nie szturm, to głód i wycieńczenie ich pokonają. I to niedługo. Tymczasem setki orków luźnymi watahami polowały na ostatnich, kryjących się po chatach i szopach niedobitków. Nie, nie pozwoli na to. I choć była wycieńczona zaczęła zwoływać ochotników do ataku. Te bestie musiały dostać lekcję choćby to miała być ostatnia lekcja, jaką od niej odbiorą. Nie mogła pozwolić na bezkarne łowy na jej ludzi. Wiedziała, że to będzie samobójczy atak, ale nic innego jej nie pozostało. Wbrew temu, czego się spodziewała, zgłosiło się więcej ochotników niż chciała. Spojrzała w ich wymęczone oblicza i wyczytała tą samą desperację i wściekłość. Już miała przystąpić do selekcji, kiedy z oddali, dobiegło ją przeciągłe, dźwięczne granie rogów. Byli tam. Niedaleko. Czuł ich obecność tak wyraźnie, że nie potrzebował już wskazówek zwiadowców. Pomiot Morgotha na jego ziemiach. Znakomicie - Caranthir, syn Feanora i władca Thargelionu uśmiechnął się drapieżnie i ponaglił konia. Nigdy dość zabijania orków. Po rzezi, jaką im sprawił nad Helevornem nie przypuszczał, że tak szybko - i w takiej liczbie - ośmielą się zapuścić ponownie na jego ziemie. A tymczasem minęło niespełna osiemdziesiąt lat od tamtej bitwy, a zaraza Morgotha już się pojawiła. Niemal pięciotysięczny oddział! Pięć tysięcy trupów spłonie wkrótce na stosach, a dymy buchną wysoko w niebo. Szkoda, że nie będzie ich widać z Thangorodrimu. Wielka szkoda Dobrze, że plugastwo się pojawiło, bo zaczynał się trochę nudzić - do tego stopnia, że nawet rozważał wyjazd do Himringu, by tam zakosztować walki i uspokoić zew swej własnej przysięgi. Bo Caranthir, o czym nikt nie wiedział, w skrytości serca powtórzył Przysięgę ojca i zarazem dodał do niej nowe słowa - zaprzysiągł mianowicie, że nie spocznie, dopóki choć jeden sługa Morgotha będzie stąpał po świecie. Śmiałe słowa i szeroko zakrojony plan - można by rzec - ale jak dotąd realizował je z żelazną konsekwencją. Przed jego przybyciem orkowie często pojawiali się w Thargelionie. Pół roku jego panowania wystarczyło, by wybić wszystkich. Żaden mu nie uciekł, bo Caranthir nie przerywał pościgu, nawet jeśli zdobycz w ucieczce na północ przekroczyła granice jego księstwa i niejednokrotnie dopadał orków już na ziemiach braci. Dopóki choć jeden będzie stąpał po tym świecie - Caranthir gwizdnął na psy i pchnął Celebrina do galopu, pochylając się nisko nad końską szyją w ochronie przed gałęziami. Spośród wszystkich braci jedynie on i Maglor byli wtedy w obozie - owego pamiętnego dnia, kiedy nadleciał Thorondor. Pamiętał swoje osłupienie na widok gigantycznego orła lądującego na głównym dziedzińcu, pamiętał przeszywający krzyk Maglora : "Maitimoooo!!!" i pamiętał, jak runął na kolana, kiedy zrozumiał, że to, co wziął za "czyjeś zwłoki" okazało się być jego najstarszym bratem. Żywym. Potrzebował całej siły woli, by przezwyciężyć szok i pomóc w przeniesieniu omdlałego brata do komnaty. Z bliska Maedhros wyglądał jeszcze potworniej i Caranthir zacisnął zęby, z trudem powstrzymując łzy. Trzymał się aż do wieczora i korzystając z tego, że zarówno Maglor jak i Fingon postanowili czuwać u boku wciąż nieprzytomnego Maedhrosa , wycofał się do siebie. I dopiero tam dał upust łzom, szlochając po części z rozpaczy, a po części z wściekłości. I wtedy właśnie odnowił Przysięgę ojca i wypowiedział, nie, wykrzyczał swoją własną. Ogarnęła go furia i gdyby nie to, że chciał być do końca przy - jak wtedy sądził - umierającym z wycieńczenia bracie, pognałby mordować orków natychmiast. Tak zresztą, jak to uczynił Celegorm, kiedy trzy tygodnie później wrócił i zobaczył, w jakim stanie jest cudem ocalony Maedhros. Psy zaszczekały śpiewnie i przyspieszyły, odbijając na wschód. Celebrin sam, nie czekając na rozkaz pana, ruszył za nimi, kładąc uszy po sobie. Las zaczął się przerzedzać, przed nimi w prześwicie zamajaczyły łąki Thargelionu. Caranthir rzucił okiem za siebie, na swych wojowników, którzy mknęli za nim jak wicher. Spojrzał na ich zacięte twarze, jaśniejące oczy - oni też nie mogli doczekać się walki. - Haaaaaaaaaaa!!!! - ryknął, ponaglając Celebrina, choć koń nie potrzebował dodatkowej zachęty i rwał już cwałem, tak, że aż wiatr świstał w uszach. To się nazywa żyć! Naprawdę żyć. O tym właśnie marzył w Amanie. Mknąć na czele swoich wojowników do bitwy, na pohybel stworom ciemności. Pan tej krainy. Pan swojego losu. Do tego się narodził. Widział już łuny ognisk... ...askakująco wielkich ognisk... Ogary zawyły dziko, łowiąc woń orków, a potem umilkły raptownie, jak to miały w zwyczaju tuż przed atakiem. W ciemnościach nocy, wyglądały jak zjawy, ogromne i zabójcze. Zaiste, Celegorm dobrze się sprawił, szkoląc je do walki. Caranthir dobył miecza, a po śpiewie żelaza za nim można było poznać, że towarzysze poszli w jego ślady. Celebrin przesadził zwalony pień i wypadł na nadrzeczną równinę. - Maitimoo-... ! - bojowe zawołanie Caranthira urwało się raptownie, a on sam osadził konia. Wojownicy, którzy zdążyli się już rozciągnąć szeroką ławą, za jego przykładem również zaczęli zwalniać. Oto przed nimi, wśród płomieni i wrzawy, toczyła się regularna bitwa. Blask ogni kładł się łuną na wodach Gelionu. Orkowie szturmowali wielkie obozowisko Atanich. Część palisady płonęła, inna musiała zawalić się dopiero co - fala atakujących, która opanowała cały zewnętrzny pierścień osady, teraz zaczynała właśnie zalewać wewnętrzne umocnienia. Obrońcy walczyli zaciekle, ale widać było, że nie mają szans. Jedna z wież oblężniczych płonęła, ale inne nieubłaganie posuwały się do przodu. - Trąbić na odsiecz!!! - zakrzyczał Caranthir potężnym głosem - Niech wiedzą, że nadciągamy. Trąbić!!! Ledwo skończył wypowiadać rozkaz, kiedy zagrzmiał wojenny zew. Dźwięk trąb uniósł się ponad gwar bitwy, najbliższe szeregi orków zaczęły się zatrzymywać i oglądać. - Ringelin, Lothmir, zaatakujecie od wschodu. Reszta za mną!!! Runęli galopem. Wśród orków zakłębiło się. Jedni z miejsca rzucili się do ucieczki, inni zawracali, wpadając na tych, którzy w zacietrzewieniu parli dalej ku osadzie. Rozległy się wrzaski i nawoływania, tu i ówdzie zacharczały na alarm orkowe rogi. Palisada rosła w oczach. Orkowie sypnęli w ich kierunku gradem strzał, wycelowanych w panice i na oślep. Jedna świsnęła Caranthirowi koło ucha. Nie zwrócił na to uwagi. - Maitimoooo!!!! - ryknął, unosząc miecz - Qualme !!! - Qualmeee! - zakrzyczeli jego elfowie. Orkowie nie zdążyli drugi raz naciągnąć łuków. Wojownicy Caranthira runęli na nich jak fale Ossego, wcinając się głęboko w nieprzyjacielskie szeregi. Celebrin parł naprzód jak taran. Ci orkowie, którzy mieli choć odrobinę miejsca uskakiwali mu z drogi, nawet nie próbując wymierzać ciosów w opancerzony pysk i pierś konia, zwłaszcza, że Caranthir osłaniał swego wierzchowca z góry, a dwa ogary bojowe szalały u jego boków. Dopiero kilkadziesiąt kroków przed palisadą zrobiło się na tyle gęsto, że Celebrin mógł zacząć obalać i tratować orków. Caranthir włożył wiele czasu i starań, by go tego nauczyć i teraz zbierał obfity plon swych wysiłków. Pierwszych trzech orków Celebrin wziął pod kopyta i zmiażdżył tak, że jeździec nie musiał nawet palcem kiwnąć. Czwarty ork, który próbował uskoczyć, trafił prosto pod miecz syna Feanora. Caranthir ściął kolejnych trzech i nagle poczuł, że Celebrin potyka się pod nim i zwalnia do stępa. Między jednym ciosem a drugim elf zerknął w dół - ziemia usłana wprost była trupami orków, koń, chcąc nie chcąc, zmuszony był po nich deptać. Mimo to parł do przodu, chrapiąc i kładąc po sobie uszy. Wkrótce byli już blisko wyłomu w palisadzie, bo orkowie, jak to orkowie, w obliczu przewagi wroga zaczęli iść w rozsypkę. Mniej więcej setka z nich usiłowała się cofnąć przed nacierającymi Noldorami przez wyłom do środka osady, mimo, że w ten sposób sami zamykali się w pułapce. Zrobił się chaos, bo z kolei te oddziały orków, które szturmowały wewnętrzną palisadę teraz chciały się za wszelką cenę wydostać poza krąg zewnętrznych umocnień. W ścisku poszły w ruch miecze, topory i maczugi - orkowie w desperacji zaczęli wyrąbywać sobie drogę ucieczki, mordując własnych towarzyszy broni. Trup padał gęsto. Przewagę mieli ci, którzy parli do środka i wkrótce czarna fala zaczęła się od nowa przelewać przez obaloną palisadę. Od strony oblężonych popłynął dźwięczny zew, o wiele czystszy i przyjemniejszy dla ucha niż rzężenie orkowych rogów. Był to głos radości i nadziei, powitanie nieoczekiwanych sojuszników i wybawicieli. Czas jakby się zatrzymał. Błyski mieczy, wykrzywione twarze orków, ogłuszający tumult bitwy - Caranthir dał się ogarnąć wirowi bitwy. Nie potrafił powiedzieć, ile to już trwa. Jego ramię wznosiło się i opadało, a miecz za każdym razem zadawał śmierć. Rzut oka na palisadę upewnił go, że jest już niemal przy samym wyłomie. Kolejna grupa żołdaków Morgotha przedostała się do wnętrza barykady i rozbiegła się między płonącymi domostwami. Jakiś ork w hełmie ozdobionym kitą z włosów elfich (albo ludzkich) próbował jeszcze ratować sytuację. Z rykiem rozdając razy i kopniaki usiłował zmusić uciekających do walki. W swym zacięciu nie zauważył, że nadjeżdża Caranthir. Właśnie szarpał się z jakimś mniejszym orkiem, który w przeciwieństwie do niego dojrzał elfa, wrzasnął i dał nura pod ramieniem dowódcy. Nie umknął jednak daleko - jeden z ogarów skoczył mu do gardła. Dowódca odwrócił się i w tej samej chwili Caranthir pozwolił Celebrinowi stanąć nad nim dęba. Ork rzucił się w bok, przekoziołkował i podniósł się zwinnie, osłaniając się tarczą i szykując do ataku. Caranthir uśmiechnął się. Może wreszcie napotka choć cień godnego przeciwnika. Miał wrażenie, że do tej pory, miast walczyć, ćwiartuje jedynie mięso. Celebrin opadł na przednie kopyta, robiąc zwrot, tak, by jego pan mógł wziąć swobodny zamach prawa ręką. Caranthir uniósł miecz, ale na próżno. Ork rzucił tylko okiem na jego twarz i z miejsca zrejterował. - A mahta !!! - ryknął za nim Caranthir, wściekły. Coraz częściej zaczynało się to zdarzać. Orkowie po prostu uciekali przed nim, nie próbując nawet podjąć wyzwania - zupełnie tak, jak umykali na widok Russandola. Z jednej strony był to z pewnością powód do dumy, z drugiej pozostawiał uczucie niedosytu. W końcu nie po to jechał do bitwy, żeby jej nie zakosztować. Przenikliwym gwizdem przywołał najbliższe dwa psy i bez słowa mieczem pokazał im uciekającego orka. Skoczyły za nim ochoczo; jego wrzask utonął w gwarze. Caranthir wyprostował się i rozejrzał, nieopodal jego wojownicy rozprawiali się z uciekającymi orkami, elfowie Ringelina polowali na niedobitków wzdłuż rzeki. - Romennil! - syn Feanora przywołał swego zastępcę, spoglądając na masy uciekinierów czerniące się na łąkach. - Tak, wiem - rosły elf błysnął zębami w uśmiechu - żaden nie może ujść z życiem. I nie ujdzie. Masz na to moje słowo, panie. Caranthir skinął głową, przyjmując obietnicę do wiadomości. - Spora grupa orków wdarła się do środka - zauważył Romennil. - Wiem - odparł Caranthir.- Masz chęć na łowy? - Zawsze. - Zwołaj swój oddział - Caranthir gwizdnął na Celebrina i pokłusował ku wyłomowi, szerokim łukiem wymijając dwa niewielkie ogniska, z których bił szary, gęsty dym. Zgodnie ze swym zwyczajem orkowie porozkładali kopcie wzdłuż całej palisady. Wyziewy te nie były trujące, ich mdlący smród miał za zadanie uprzykrzać życie zarówno obleganym jak i idącym na odsiecz. Wzdłuż osmalonych, drewnianych zapór leżały istne zwały orkowego ścierwa, bitwa musiała się tu toczyć od wielu dni - o ile nie tygodni - wnosząc z odoru. Caranthir skrzywił się i powstrzymał odruch, by osłonić nos i usta połą płaszcza. Celebrin ostrożnie przestąpił nad szczątkami palisady i wjechał, a raczej zsunął się do środka, akurat w chwili, kiedy grupka kilkunastu orków znikała za osmalonymi zgliszczami zwalonej wieży strażniczej. Teraz w polu widzenia nie było żywego ducha. Wszyscy orkowie pokryli się niczym myszy pod miotłą. Pełno tu było gryzącego dymu, niektóre z domostw wciąż jeszcze płonęły, inne się dopalały. Daleko, ponad zgliszczami widniał zarys wewnętrznego częstokołu, wciąż jeszcze - na szczęście! - niezdobytego. Caranthir widział sylwetki Atanich, którzy wylegli tłumnie na palisadę. Potem przeniósł wzrok w dół, omiótł wzrokiem rudery, zwalone sterty drew, tlące się płachty i wąskie przejścia i odwrócił się do wojowników, którzy gromadzili się za jego plecami. - Orkowie zapraszają nas do zabawy w chowanego! - zaczął donośnym głosem. - Nie trzeba nam tego zaproszenia powtarzać dwa razy. Zasady są proste. Możecie szukać w pojedynkę, możecie dobierać się w drużyny. Ten kto znajdzie najwięcej orków, będzie mógł sobie wybrać dwa szczeniaki z miotu Iskry i galon wina z mojej osobistej piwniczki - podniósł rękę, by uciszyć wybuch entuzjazmu. Iskra była najlepszym posokowcem w Thargelionie. - Rzecz jasna, w przypadku drużyn trzeba się będzie dzielić wygraną. - Uwaga! - zawołał Romennil. Zza płonącego budynku po prawej poleciało ku nim kilka strzał. Trzy z nich utkwiły w elfich tarczach, a jedna odbiła się od opancerzonej piersi Celebrina. - Orkowie się niecierpliwią! - zawołał gromko Caranthir, wśród wybuchów śmiechu. - I słusznie! Nie dajmy im dłużej czekać! Do dzieła! Wśród nawoływań i okrzyków cały oddział na wyścigi rozproszył się między ruderami. Caranthir objechał zwalone drągi częstokołu i ruszył ku zgliszczom, gdzie chwilę wcześniej ukryło się kilkunastu orków. Zamierzał wygrać te zawody. Wprawdzie zarówno szczeniaki, jak i wino i tak należały do niego, ale są pewne zasady. Syn Feanora po prostu musi być najlepszy. Zawsze. Ku jego rozczarowaniu jednak większość z grupy uciekinierów najwyraźniej przekradła się gdzie indziej. Zostało tylko trzech. - Jeden! - warknął, ścinając rzucającego się do ucieczki orka. - I drugi! - dorzucił, pozbawiając głowy następnego. Trzeci, zwinny niczym szczur, dał nura pod belki, przedostał się na drugą stronę rumowiska i pognał ku palisadzie. Celebrin już ruszał za nim z kopyta, kiedy Caranthir katem oka złowił jakiś ruch w ciemnej jamie pod zwęglonymi deskami. - Tuś mi, bratku - syknął i zawrócił konia. Pochylił się w siodle, usiłując zajrzeć do środka, ale z tej wysokości niczego nie mógł dostrzec. Zeskoczył więc na ziemię i zbliżył się do jamy w nadziei, że przyparty do muru ork zdecyduje się na walkę. W czerni pod deskami ponownie coś się poruszyło. Ostrożnie przysunął się, przygotowany na atak, uniósł miecz i... spojrzał prosto w szeroko otwarte, przerażone oczy elfiego dziecka. Skamieniał. Zdjęło go porażające uczucie grozy, przeświadczenie, że już to kiedyś przeżywał, że cofnął się w czasie. Dziewczynka, wparta plecami w poczerniałą belkę i podobnie jak on zastygła w bezruchu, wyglądała bowiem zupełnie jak ...ta w Alqualonde. To BYŁA ta z Alqualonde. Na moment przeżył to wszystko znowu - zbryzgane krwią deski przystani, rozwiane włosy dziecka, przeraźliwy krzyk kobiety... Ręka z mieczem opadła momentalnie, a zawody, orkowie i cała reszta poszły w niepamięć. Spokój, uspokój się. To nie jest Alqualonde, głupcze! Caranthir przezwyciężył szok, przyklęknął powoli i odetchnął głęboko. Z trudem przywołał na twarz zachęcający uśmiech, choć serce nadal waliło mu w piersi niczym młot Aulego. - Nie bój się, malutka. No, chodź do mnie, jesteś już bezpieczna - powtarzał, wyciągając rękę. Próbował i quenyi i sinadrińskiego, lecz dziewczynka ani drgnęła. Wciąż wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, struchlała jak królik w norze. Wyglądało na to, że zamierza tak trwać po kres Ardy. Nie miał innego wyjścia. Szybko rzucił okiem na boki, czy w pobliżu nie czai się wróg, po czym odłożył miecz, zdjął hełm i rękawice. - Pilnuj mnie - polecił Celebrinowi i schylając głowę wcisnął się do jamy, cały czas powtarzając półgłosem uspokajające słowa. Dziewczynka wycofała się w najdalszy kąt, ale zdołał dosięgnąć jej ramienia. Zaparła się ze wszystkich sił, więc poprawił chwyt i najostrożniej jak tylko mógł, mimo oporu małej, przyciągnął ją do siebie, otoczył ramieniem i tyłem wycofał się z jamy. Dziecko nie wydało jednego choćby dźwięku, tylko wciąż z całych sił wpierało się w niego rękami, usiłując się odsunąć. Wydostali się przed stos desek i dopiero tu, w świetle ognia z dopalającego się nieopodal domostwa mógł wreszcie przyjrzeć się jej uważnie. I tak Caranthir, syn Feanora, przeżył drugi szok tej nocy. Patrząc bowiem z bliska na tę drobną twarzyczkę o dziwnych, szeroko rozstawionych, jakby wyblakłych oczach zrozumiał, że to dziecko nie jest elfem. Jego dłoń obejmująca drżące plecy zatonęła w gęstwie szorstkich, potarganych włosów, przypominających w dotyku suchą trawę. To dziecko... było ludzkie. Podobne do elfiego tak, że w pierwszej chwili się pomylił. Z bliska jednak nie miał wątpliwości. Dziecię Atanich. Natychmiast stanęło mu przed oczami przypadkowe spotkanie sprzed kilkudziesięciu lat. Spotkanie z grupą ludzi. Nie zrobili na nim korzystnego wrażenia, o nie. Można nawet rzec, że zrobili wrażenie żałosne. Toporni i brzydcy, na widok elfów głupieli i nie potrafili sklecić choćby jednego sensownego zdania. Przywódca napotkanego klanu nie był w stanie patrzeć Caranthirowi w oczy, mamrotał coś pod nosem w swojej parodii sindarinu i pocił się na potęgę, aż obrzydzenie brało. Jego współplemieńcy byli jeszcze gorsi. A do tego, poukrywali przed Caranthirem i jego towarzyszami swoje kobiety! Jakby ktokolwiek z Noldorów był nimi zainteresowany. Śmiechu warte. I to mieli być owi osławieni Atani! Dzieci Iluvatara! Odjechał wtedy, pełen niesmaku, wioząc w sakwie ohydny, bursztynowy naszyjnik, który nieśmiało podsunęli mu w darze. W pierwszej chwili miał chęć cisnąć go w przydrożne krzaki, ale po namyśle postanowił zachować go jako ciekawostkę dla brata. Istotnie, mina i reakcja obdarowanego Curufina były warte wszelkich skarbów świata. Teraz jednak patrząc na to dziecko, które tak nieznacznie różniło się od dzieci elfich, zaczął chwiać się w swej ocenie. Gdzieś nieopodal wrzasnął ork, krzyk urwał się nagle, rozwiał w tętencie kopyt. Dziewczynka targnęła się w popłochu, próbując wyrwać się i na powrót skryć w jamie. Caranthir przytrzymał ją, otulił płaszczem i wziął na ręce, wstając. Zakasłała gwałtownie. Powietrze było aż gęste od dymu. Dopiero teraz to zauważył i szybko osłonił jej głowę połą płaszcza. Dziecko jednak wciąż się kręciło, rozglądając w trwodze. - Nie bój się, nie ma już orków, przy mnie jesteś bezpieczna - powtarzał, próbując ją uspokoić.- Zobacz, konik. Zaciekawiony Celebrin wyciągnął łeb, chcąc powąchać dziecko. Dmuchnął mu przyjaźnie w twarz. Dziewczynka zakwiliła przeraźliwie i przywarła do Caranthira obejmując go za szyję, tak kurczowo, że niemal zaczął się dusić. - Nie, nie, nie bój się. To mój koń, Celebrin, nic ci nie zrobi, ćśśśś, już dobrze - Caranthir pospiesznie odstąpił, dając Celebrinowi znak, by się nie zbliżał. Przeklął własną głupotę. Wielki, zbryzgany krwią rumak musiał w oczach dziecka wyglądać jak potwór.- Nic się nie stało. Już dobrze. - Mój, panie? - Romennil zatrzymał swego konia tuż obok i zsiadł. - Znalazłem ją pod tymi deskami. Musiała się tu schować i w gorączce bitwy ją przegapiono. Miała dużo szczęścia. - Orkowie wybici. Atani otwierają wrota - rzekł jego zastępca. - Więc chodźmy z nimi porozmawiać. Weź ją ode mnie - Caranthir z niejakim trudem wyswobodził szyję z uścisku drobnych rączek. - Chodź, kruszynko - Romennil przejął dziecko, próbując spojrzeć mu w twarz, ale mała czym prędzej wtuliła mu się w objęcia. - Strasznie maleńka. To dziecię Atanich, czy tak? Caranthir pokiwał głową, odbierając od Thardina swój, hełm, miecz i rękawice. - Ile może mieć lat? - Romennil pogłaskał dziewczynkę po głowie. - Nie mam pojęcia. Ze dwadzieścia może, nie więcej - Caranthir założył hełm i dosiadł Celebrina. - Kto wygrał? - zapytał jeszcze z wysokości końskiego grzbietu. - Ja, a któżby inny? - odparł Romennil z promiennym uśmiechem. - Dwudziestu sześciu. - Sprawdziliście wieże oblężnicze? - zapytał jeszcze Caranthir spoglądając na ciemne zarysy, odcinające się od jaśniejącego z wolna nieba. Świtało. - Ja sprawdziłem - Romennil podsunął dziecku swój bukłak. Nie chciało pić.- I dlatego wygrałem. Atani stali bez ruchu, jak zaklęci, wciąż ściskając w dłoniach zakrwawione miecze, topory i maczugi. Wszyscy patrzyli na Caranthira, a odblask ognia tańczył na ich wymęczonych i wychudzonych twarzach. Wyglądali tak, jakby ledwo trzymali się nogach. Nie pozdrowili nadjeżdżającego elfa, nie wymieniali między sobą żadnych uwag. Po prostu stali i patrzyli. Niektórzy wsparci ciężko na mieczach, inni zaciskający ręce na opatrunkach, spod których sączyła się krew. Twarze młode, dziecięce wręcz i twarze osobliwie pomarszczone, uwiędłe jak jesienne liście. Nigdy jeszcze takich nie widział. Jedynym odgłosem był trzask dopalającego się drewna. Syn Feanora podjechał nieco bliżej i zatrzymał konia. Nikt jakoś nie miał śmiałości wystąpić i go powitać. Atani patrzyli tak, jakby zastanawiali się, czy nie śnią na jawie. Caranthir powiódł wzrokiem po osadzie. Wzdłuż zabudowań i po wewnętrznej stronie palisady leżało wiele ludzkich ciał, a wśród nich kobiety i dzieci. Leżeli tak, jak padli. Najwyraźniej obrońcy nie mieli czasu ni siły, by ich odsunąć z drogi i ułożyć godnie. I raptem, patrząc na to wszystko, Caranthir poczuł dotkliwe, palące ukłucie wyrzutów sumienia. Powróciło echo rozmowy sprzed niespełna dwóch tygodni. "A ci tam, Atani?" "To nie moje zmartwienie. Sami tu przyszli, nieproszeni, to i sami niech uciekają" Nie uciekli. Zostali, by walczyć do ostatniego tchu. Wiedział, że są w niebezpieczeństwie, ale nie ruszył na odsiecz. W ogóle o nich nie myślał, bo wszak nikt ich tu nie zapraszał, na jego ziemie. Caranthir nie był typem elfa, który wypędza nieszkodliwych przybyszów dla zasady, więc przymknął oko na ich obecność, mimo iż nie spytali go o zgodę. Przymknął oko i tym samym pozwolił orkom ich wymordować. To cud, że Atani przetrwali tu tak długo. W tej imitacji częstokołu. I z tym mizernym uzbrojeniem. O ile wzrok go nie mylił większość z nich dzierżyła orkowe miecze i topory. Jak oni zdołali odeprzeć atak niemal pięciotysięcznej armii i bronić się przez tyle dni? Patrząc na tych nieszczęsnych niedobitków, poczuł się jak ostatni łajdak. I nagle gorąco zapragnął im pomóc, wynagrodzić, zrobić... cokolwiek. Zaś praktyczna strona jego natury podszeptywała mu, że ktoś, kto tak zaciekle i mężnie walczy może być nieocenionym sojusznikiem... - Aiya! - rzekł, przerywając milczenie.- Witajcie! - poprawił się przechodząc na sindariński, bo przecież ludzie ci nie mogli znać Quenyi.- Jam jest Caranthir, syn Feanora i władca Thargelionu. Kto tu dowodzi? Przez moment panowało poruszenie, kiedy ludzie odwracali się, szukając kogoś wzrokiem, a potem ci stojący po prawej stronie zaczęli się rozstępować, robiąc przejście smukłemu i drobnemu młodzikowi w za dużym pancerzu. Chłopak zatrzymał się tuż przed Celebrinem i dumnie zadarł głowę. - Ja, Haletha, córka Haldada, władczyni Haladinów i pani południowego Thargelionu! Brwi Caranthira uniosły się ku górze. Choć wygląd temu przeczył i głos i słowa nie zostawiały cienia wątpliwości. Kobieta?! Za jego plecami Romennil syknął gniewnie na tę "panią Thargelionu", ale Caranthir postanowił nie reagować na ewidentną zaczepkę. Zamiast tego szybkim ruchem odrzucił połę płaszcza, zsiadł i stanął naprzeciw Halethy, by pokazać jej, że zamierza rozmawiać jak równy z równym. - Bądź pozdrowiona Haletho, córko Haldada - rzekł, ściągając hełm. Oczy kobiety rozszerzyły się lekko na widok jego twarzy, a zaraz potem przymrużyły. Po chwili zawahania Haletha sięgnęła do góry i zdjęła swój hełm. Ciemne, potargane włosy opadły jej na ramiona. - Witaj, Carantirze, synu Feanora - rzekła. - Wdzięczni ci jesteśmy za pomoc - dodała. Jej sindariński brzmiał twardo, lecz choć dziwnie akcentowała niektóre wyrazy mówiła całkiem poprawnie. Caranthir zapatrzył się na jej twarz, na ten zabawnie zadarty nos, wąskie, zbyt wąskie usta i małe oczy, pod szerokimi, męskimi brwiami. Było w niej coś znajomego, męcząco znajomego. - Żałuję, iż tak późno przybyliśmy wam z odsieczą - powiedział.- Nie wiedzieliśmy, że jesteście oblężeni. Haletha zmarszczyła brwi i otworzyła usta, ale zaraz potem je zamknęła, jakby doszła do wniosku, że lepiej nie mówić tego, co sobie pomyślała. Stał przed nią on, taki sam jak przed niemal dwudziestu laty. Piękny i gwałtowny jak wiosenna burza. Na jego śniadym obliczu błyszczały te same oczy, w których widziała jeszcze gorączkę bitwy, która nie zdołała ostygnąć. Ten sam, pełen aroganckiej dumy i radości. Patrzył na nią z zaskoczeniem, ale i uznaniem. Szukała jakichś znaków, że ją rozpoznał, że przypomniał sobie tę młodą dziewczynę z leśnej polany, ale niczego nie dostrzegła. Nie poznał jej, i to zabolało nawet bardziej niż tamten śmiech. - Znaleźliśmy to dziecko wśród pogorzeliska - Caranthir odwrócił się i dał znak Romennilowi, by pokazał dziewczynkę. - Jest tu może ktoś z jej rodziny? - To mała Hunthora! - zakrzyknął jakiś kobiecy głos tłumu. Haletha zmarszczyła brwi. - Hunthor i jego rodzina zginęli przedwczoraj. Wszyscy, cała piątka - odparła cicho.- Mil, weź dziecko. Młoda kobieta o wysoko upiętym warkoczu, wysunęła się szybko z tłumu i podeszła do Romennila. Zachęcił ją uśmiechem i podał jej dziewczynkę. Mała wciąż była zesztywniała ze strachu. Caranthir przeniósł wzrok na Halethę. - Jak możemy wam pomóc, pani? - zapytał. Jednocześnie kątem oka zauważył, że ludzie ożywili się. Oddanie im dziewczynki przełamało niezręczną ciszę i bezruch. Zaczęły się szepty, pojawiły pierwsze, nieśmiałe uśmiechy i pełne ciekawości, życzliwe spojrzenia. - Nie potrzebujemy pomocy - odparowała natychmiast, bez zastanowienia. Rozbawiony nieco, uniósł brew. - To znaczy - zreflektowała się.- Chciałam rzec, że w imieniu mego ludu dziękuję ci za pomoc, panie, ale poradzimy sobie sa... - Macie jedzenie?- przerwał jej zdecydowanie. Zawahała się. - Romennil! - Caranthir przywołał zastępcę ruchem ręki - Weź swój oddział i tyle psów, ile będzie trzeba. Nim na dobre wstanie słońce chcę tu mieć z powrotem górę dziczyzny. Wszystko się przyda od zajęcy po jelenie. Ruszaj! Romennil skłonił się i zawrócił konia. - Słyszeliście rozkazy! - zawołał. - Dziękuję - powiedziała cicho Haletha, kiedy już przebrzmiał łomot kopyt. - Wybacz, panie, że wbrew obyczajom i gościnności naszej pod gołym niebem cię podejmuję. Prosiłabym i ciebie i drużynę twą pod dach, jeno... - uczyniła wymowny gest w stronę dopalających się zgliszcz. - Nie przepraszaj, pani. Jeszcze będzie okazja, by w spokoju spotkać się pod dachem, z dala od zgiełku bitwy. Niespełna staję stąd, idąc wzdłuż Gelionu są rozległe łąki - rzekł Caranthir, podnosząc nieco głos, tak by słyszeli go wszyscy dookoła. - Tam możecie odpocząć. Damy wam koce i płaszcze, zbudujemy schronienie. Dni są coraz cieplejsze, więc ziąb nie powinien nikomu dokuczać. Kiedy nabierzecie sił, przeniesiecie się bliżej mej twierdzy. Pomożemy wam zbudować nową osadę w bezpieczniejszym miejscu. - Zostaniemy tutaj! - Haletha poderwała głowę i rzuciła mu dumne spojrzenie. - Nie możecie tu zostać - sprzeciwił się Caranthir. - Nie w tych oparach śmierci. - Całe nasze życie nurza się w oparach śmierci, mój panie - odrzekła gorzko. - To nic nowego. - Ta osada nie nadaje się do zamieszkania. Poza tym strujecie i podusicie się od tego dymu - przekonywał ją Caranthir - Im szybciej stąd wyjdziecie, tym lepiej. Nie musicie już obawiać się orków. Gwarantuję wam bezpieczeństwo. - Nie obawiamy się orków! - powiedziała dobitnie, a choć była od niego dużo niższa, miał wrażenie, że spogląda na niego z góry. - Nimir ma rację - odezwał się pojednawczo Atani o szarzejących włosach i oczach tonących w plątaninie zmarszczek. Dolną połowę jego twarzy pokrywał zarost, podobny do tego, jaki nosili Naugrimowie, lecz mniej bujny. Mówił w sindarinie, z trudem, choć zrozumiale. Najwyraźniej nie chciał obrażać gościa rozmową w nieznanym elfowi języku. Caranthir, doceniając ten gest, spojrzał na niego życzliwie - Ciężko tu oddychać. Musimy wyjść poza obóz. - Nie zostawimy naszych umarłych - odparła Haletha stanowczo. - Wrócicie tu jutro i dopełnicie ceremonii pogrzebowej - zauważył Caranthir.- Tymczasem trzeba się zająć żywymi. Haletha poszła za jego spojrzeniem i omiotła wzrokiem swych pobratymców, którzy w napięciu śledzili rozmowę. Jakieś dziecko, gdzieś w tyle, zaczęło żałośnie płakać. Drugie szybko do niego dołączyło. - Ruszajmy, pani - odezwał się łagodnie szpakowaty mężczyzna. Haletha zamyśliła się na chwilę, a potem pokiwała głową. - Przekaż ludziom dokąd idziemy - odrzekła cicho. - Niech wezmą najpotrzebniejszy dobytek, po resztę wrócimy za dnia. Mężczyzna skłonił się i poszedł ogłosić wymarsz. Haletha odetchnęła głębiej, przytknęła rękę do czoła, a potem podniosła wzrok na Caranthira. - Wyruszymy, jak tylko będziemy gotowi - powiedziała.- Tymczasem, pozwól, panie, że oddalę się, by wrócić do mych obowiązków. Spotkamy się na onych łąkach nad rzeką - to rzekłszy skłoniła głowę, a Caranthir odpowiedział jej tym samym. Odstąpiła i w tej samej chwili zachwiała się, blednąc. W dwóch krokach był przy niej. Bez namysłu ogarnął ją ramieniem, podtrzymując i chroniąc przed upadkiem. - Musisz odpocząć, pani - rzekł - Zbyt długo jesteś na nogach. Zamrugała oczami i podniosła głowę. Popatrzyli na siebie z bliska. - Mam nadzieję, że nie odniosłaś uszczerbku w bitwie - dodał Caranthir z troską. Chyba dopiero teraz dotarła do niej cała ta sytuacja, ich bliskość, jego ręka obejmująca jej plecy. W mgnieniu oka jej policzki pokryły się szkarłatnym rumieńcem. Wparła się dłonią w jego pierś, zupełnie jak dziewczynka w jamie, i czym prędzej odsunęła się, biorąc głęboki wdech. Była wyraźnie poruszona. Caranthir zmarszczył brwi. Czyżby uchybił jakimś obyczajom Atanich? - Spotkamy się... na łąkach - rzuciła szybko, niezręcznie cofając się ku swoim. Bezwiednym ruchem wplotła palce we włosy, odgarniając niesforne pasma za ramię. I dopiero wtedy, na widok tego gestu, na Caranthira spłynęło olśnienie. Leśna polana, szelest gałęzi i ludzka dziewczyna zatrzymująca się pół kroku, odgarniająca warkocz na plecy. Brzydka, niezdarna, onieśmielona, ubrana w jakieś burozielone łachy. Wyglądała tak pociesznie, z tymi wypiekami i włosami jak strzecha, że aż wybuchnął śmiechem. "Proszę, proszę, nawet tutejsze sarny wyglądają inaczej" oznajmił towarzyszom, wśród wybuchu wesela. Wszystkim dopisywały wtedy humory, bo dopiero co znaleźli swoją zgubę. Szukali bowiem syna Ringelina, który pokłóciwszy się z ojcem obwieścił, że wraca do Amanu i poszedł w lasy. Kiedy okazało się, że to nie są czcze pogróżki i chłopiec nie zamierza wrócić, ruszyli za nim i po kilku dniach go odnaleźli. Nastąpiło wielkie rodzinne pojednanie i kiedy właśnie, pełni ulgi uznali tę przygodę za dobrą zabawę, zaszeleściły liście i na polanę wyszło... to coś. Wiedział, że nie uchodzi się śmiać z czyjejś brzydoty, ale powstrzymać się nie mógł. Jakże wtedy na niego spojrzała, kiedy zrozumiała, że to ona jest przedmiotem kpin! Ciekawe, czy go zapamiętała. O ile to naprawdę ona. Nie minęło wszak dwadzieścia lat, a przed nim stała dojrzała kobieta, a nie ludzkie, nieporadne szczenię. Czy to możliwe, by Atani starzeli się tak szybko? Nie- Caranthir spojrzał na posiwiałe pasma w jej włosach, kiedy szybko oddalała się ku swoim - To nie ona. Matka może? Albo starsza siostra. Parsknięcie Celebrina wyrwało go z zadumy. Oderwał wzrok od Halethy, wydającej rozkazy i gestykulującej zamaszyście. Nie uchodziło mu tak stać. Odwrócił się i w tej samej chwili dostrzegł małego chłopca, który zatrzymał się nieopodal i z otwartymi ustami gapił na Celebrina, w jawnym, bogobojnym wręcz, zachwycie. - Podoba ci się? Chcesz się przejechać? - zagadnął. Chłopczyk spojrzał na niego, zamrugał oczami, poczerwieniał aż po czubki uszu i czmychnął w popłochu. Caranthir uśmiechnął się do siebie i lekko wskoczył na grzbiet Celebrina. Spotkamy się na łąkach. Caranthir nie zwykł podróżować z taborem. Miecz u pasa, bukłak przy przednim łęku siodła, róg, czasami tarcza - to wszystko, czego potrzebował do bitwy. Wojownicy szli za jego przykładem. Na każdy oddział przypadało jedynie kilka luzaków, które w jukach niosły suchy prowiant. Dzięki temu mogli przemieszczać się bardzo szybko, nie spowalniani wozami. Teraz jednak Caranthir żałował, że nie towarzyszy mu solidnie zaopatrzony tabor. Bo prawda była taka, że niewiele mógł Atanim ofiarować. Bukłaki, płaszcze, te kilka pledów, które nieliczni elfowie wzięli ze sobą. Ogniska dymiły już wprawdzie, a apetyczna woń dziczyzny wypełniała powietrze, ale to wciąż było za mało. Na jego rozkaz elfowie nacięli gałęzi i pobudowali szałasy, żeby uchodźcy mieli się gdzie schronić i odpocząć. Z osady nad rzeką prawie nic nie udało się uratować, Atani wynieśli resztki dobytku, które cudem ocalały za wewnętrzną palisadą. Nie było tego wiele, odrobiną ubrań, skór i naczyń ludzie podzieli się równo między sobą. Caranthir wypatrzył Halethę i ruszył ku niej, a Romennil i Ringelin podążyli za nim. Atani kłaniali się i rozstępowali przed nimi. - Serke, zostaw! - Caranthir podniósł głos. Płowy ogar posłusznie wyhamował i obejrzał się na niego pytająco. Wychudzony i niemiłosiernie rozkudłany pies Atanich wykorzystał okazję i umknął czym prędzej do jednego z szałasów. Dopiero tam zaczął oszczekiwać intruzów. - Zostaw - powtórzył Caranthir dobitnie. Serke oblizała się nerwowo i pomachała ogonem, na znak, że rozumie. Psy Atanich były tak dziwaczne i tak płochliwe, że ogary nie mogły się zdecydować, czy to zwierzyna łowna, wrogowie czy pobratymcy. Haletha wyszła im naprzeciw. Wciąż miała na sobie tę swoją zbroję. Umyła za to twarz i przyczesała włosy, dzięki czemu bardziej teraz przypominała kobietę. Towarzyszył jej młodzieniec, niezbyt wysoki, o bujnej zmierzwionej czuprynie. Skłonili się sobie dwornie. - Witaj, panie - rzekła Haletha. - Czy zechcesz spocząć... - zawahała się, a potem ciągnęła dumnie, choć w jej oczach błyskały iskierki humoru - pod swoim szałasem, na swoich kocach i zechcesz skosztować swojego wina? - Wszystko to należy do ciebie, pani. Ale, tak, chętnie. Przeszli nieco w bok i zasiedli na kocach i futrach, które porozkładano wprost na trawie. - Oto Haldan, syn Haldara - Haletha wyciągnęła dłoń ku chłopakowi, który usadowił się za nią. - Mój bratanek. - Romennil i Ringelin, moi zastępcy - odrzekł Caranthir, przedstawiając towarzyszy. Obaj elfowie skłonili głowy. - Bracia? - zapytała Haletha ciekawie, mierząc ich wzrokiem. Istotnie, byli nieco do niego podobni, jak to Noldorowie Wysokiego Rodu, zwłaszcza Romennil, odlegle spokrewniony z rodziną Miriel. - Nie, pani - uśmiechnął się Caranthir, odbierając puchar z winem od dziewki służebnej. - Przyjaciele. Braci i owszem mam sześciu, lecz każdy z nich włada swoimi ziemiami, daleko stąd. - Sześciu? - Haletha spojrzała na niego z zaskoczeniem, jakby dziwiła się tej liczbie. No cóż, nie ona jedna. - Sześciu - potwierdził Caranthir z dumą. I jednocześnie pomyślał, że dobrze jest porozmawiać dla odmiany z kimś, kto nie ma pojęcia o Przysiędze, o Alqualonde i o klątwie Mandosa.- A ty, pani, masz rodzeństwo? - Miałam brata - jej twarz była dziwnie nieruchoma. Za nią Haldan spuścił wzrok i przełknął ślinę. - Próbował ocalić zwłoki ojca przed pohańbieniem, lecz zamiast tego podzielił jego los. Straciliśmy ich obu jednego wieczora. - Boleję nad tym, pani - odezwał się Caranthir po chwili niezręcznego milczenia. - Niech mi wolno będzie wynagrodzić ci ich stratę. Podniosła na niego wzrok, nie rozumiejąc. - Małe to zadośćuczynienie za śmierć i łzy - ciągnął syn Feanora. - ale oferujemy wam pomoc. Sprowadzimy z mej twierdzy prowiant, broń, narzędzia. Co tylko będzie potrzebne. Jesteśmy też gotowi odstąpić wam kilka koni. A jeśli przeniesiecie się dalej na północ, zyskacie przyjaźń i opiekę Eldarów. I ziemie na własność. - Chcesz przez to powiedzieć, mój panie - rzekła chłodno - że jeśli tu zostaniemy tej przyjaźni nie otrzymamy? - Przyjaźń tak, lecz nie opiekę - tłumaczył Caranthir cierpliwie. - Jeśli tu zostaniecie, nie będę mógł was chronić. Dziś ledwo zdążyłem z odsieczą, a ataki orków będą się powtarzać. Haletha z wolna pokiwała głową. - Dziękuję ci za twą dobrą wolę i za pomoc, Caranthirze synu Feanora - powiedziała wreszcie. - Ale rozmówiłam się z moim ludem i zdecydowałam, że odejdziemy na zachód do naszych krewniaków. Jak najdalej od cienia gór. - Chcecie odejść?! - Caranthir spojrzał na nią z zaskoczeniem. - Dlaczego? - Miejsce ludzi jest... wśród ludzi, a nie Nimir - odrzekła spokojnie. - Możemy razem żyć i walczyć - zapewnił ją z przekonaniem. Przez moment zapatrzyła się na niego, przygryzła wargę, wyraźnie ze sobą walcząc. Zgodzi się - przemknęło mu przez myśl. - Maedhros i Maglor pozazdroszczą mi takich sojuszników. Uśmiechnął się zachęcająco, czekając na odpowiedź. - Podjęłam już decyzję i nie zmienię zdania - odrzekła, jakby z trudem. Raz jeszcze spojrzała na niego, a potem opuściła wzrok. Caranthir odstawił na ziemię swoje wino, nietknięte. - Ze względu na dobro twego ludu przemyśl to jeszcze, pani -syn Feanora zagryzł zęby i wstał. Rozczarowanie i irytacja zabarwiły jego głos nieprzyjemną, oschłą nutą. - Nadchodzi noc, a najlepszym doradcą jest poranek. Dam ci czas do namysłu. Wrócę tu za dziesięć dni, by usłyszeć twą odpowiedź. - Za dziesięć dni - Haletha podniosła głowę i spojrzała mu w oczy - już nas tu nie będzie. Haletha stała na prawym brzegu Gelionu. Po drugiej stronie szerokiej, ale i płytkiej w tym miejscu rzeki rozciągały zielone puszcze południowego Thargelionu. Lasy, które przez niemal trzy pokolenia były domem jej ludu. Ludzie przyzwyczaili się do tej krainy, a teraz ona porzucała ją wraz z wszystkimi, którzy przetrwali ostatnie wydarzenia. Ale tak trzeba było! Usłyszała za sobą zgrzyt piasku, mimo to nie obejrzała się. - Nie żal ci, pani? - usłyszała za plecami cichy głos Haldana. - Czego?! - jej głos był nieco zbyt szorstki - Naszych lasów, naszych sadyb i dawnego życia? - Nie!!! - odwróciła się i spojrzała w oczy bratanka. Jej głos zabrzmiał jak świst miecza. I jak miecz ucinał dyskusję. Wyczuwała, że Haldan chciał coś jeszcze powiedzieć lub o coś spytać, ale zrezygnował. -Idź i powiedz ludziom, by gotowali się do drogi. Przed nami trzydzieści staj. Nie ma co zwlekać. Popatrzyła za odchodzącym Haldanem, a potem znowu na drugi brzeg rzeki. Siwe pasma mgieł spowijały soczyście zielone lasy. Dziękowała duchom przodków, że Haldan zostawił ją samą. Tak było lepiej i łatwiej. Przed samą sobą nie musiała przynajmniej udawać. Żałowała i nikt nie mógłby się nawet domyślić jak bardzo. Jeszcze teraz miała ochotę zwołać ludzi i dać rozkaz do powrotu. Ale nie mogła. Ta droga była dla niej zamknięta, na zawsze. Musi odejść. Odejść jak najdalej stąd, uciec od wspomnień i bólu. I uciec od niego. Przez cale lata pielęgnowała w sobie urazę i żal, a teraz kiedy stanął przed nią piękny, arogancki z dzikim ogniem oczach, i tak uprzejmy i współczujący zarazem, ku swemu przerażeniu poczuła, że gniew i żal odeszły, a serce żywiej zabiło. Jego dotyk przeszył ją nieznanym wcześniej dreszczem. I tego też żałowała. A może raczej się przestraszyła. Przestraszyła się niechcianych uczuć. Żałowała tego strachu, tak, jak wielu innych rzeczy: niepotrzebnych spotkań, niepotrzebnych słów, niepotrzebnej dumy i niepotrzebnego gniewu. Żałowała tego, że był tak piękny, i że jej dni są tak krótkie. Żałowała, że wszystko się potoczyło tak, a nie inaczej. Żałowała, ale powrotu nie było. Za bardzo się bała, że zdradzi samą siebie, że nie zapanuje nad swymi uczuciami, jak w tej krótkiej chwili, gdy ją podtrzymał. Bała się że nowoodkryte pragnienia strawią ją od środka, że spłonie od nich niczym ćma w płomieniu, a tego nie chciała. Nie lubiła i nie chciała tracić nad sobą kontroli, nie teraz, nie po tylu latach pielęgnowaniu gniewu i żalu. Jednego była pewna - jej marzenia i pragnienia nie mogły się tu dopełnić, musiała więc odejść, zdławić w zarodku rodzące się uczucie i gdzie indziej poszukać swego przeznaczenia. I jednego jeszcze była pewna, teraz nawet mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Nigdy już nie będzie na niczyjej łasce i nikt za nią nie będzie wybierał i niczyich rozkazów słuchać nie będzie. Miejsce Haladinów jest pomiędzy ludzkimi pobratymcami, a nie u boku Nimir. Miał rację stary Drug, wiele ich dzieli, zbyt wiele i zbyt bolesna jest to przyjaźń, przynajmniej jak dla niej i dla jej ludu. I stało się tak, że lud Halethy na zawsze opuścił Thargelion i po wielu trudach i wędrówkach osiadł wreszcie w lasach Brethilu. Tam też Haletha spoczęła na wieki w zielonej mogile, którą usypali jej ludzie. Kurhan Pani przetrwał wszelkie wojny i zawieruchy i dopiero fale potopu zagarnęły go wraz z całym Beleriandem. Haldan, wbrew jej obawom, okazał się dobrym wodzem, a jego potomkowie poprowadzili lud zwany wciąż Ludem Halethy ku chwale i sojuszowi z rodami Beora i Hadora. Caranthir zawarł w końcu upragnione przymierze z Atanimi, wiążąc się z ludem Ulfanga Czarnego. Obiecał im przyjaźń i opiekę, a oni zaprzysięgli mu posłuszeństwo. I tak, jak wszyscy ślubowali mu wierność, tak i go zdradzili - wszyscy- co do jednego, sprowadzając klęskę i przemieniając nadzieję w Nirnaeth Arnoediad. Z całej armii elfów, którzy walczyli u jego boku w obronie ludu Halethy zdradę ludzi przeżyło jedenastu. Ranny Romennil wpadł w ręce Easterlingów. Przeżył w niewoli trzy tygodnie, zanim synowie Uldora zakatowali go na śmierć. Thondiel i Ringelin mieli więcej szczęścia. Zginęli w bitwie, broniąc sztandaru. Caranthir przeklął ludzi i aż do swej śmierci w grotach Doriathu nie chciał wymawiać ich imienia ani udzielać im pomocy. "Oby nigdy już więcej nie doszło do sojuszu Eldarów z ludźmi, sługusami Morgotha" - rzekł. - "Z tego jeno zguba, krew i łzy przyjść mogą" W tym jednak, na szczęście, się mylił. Bibliografia Postanowiliśmy pójść tropem zasugerowanym przez Gandalfa i założyliśmy, że palantiry były dziełem Feanora, a ich liczba nieprzypadkowo zbiega się z ilością jego synów. Skoro między innymi służyły do komunikacji i wymiany myśli, wydało się nam sensowne, by rozproszeni po Beleriandzie Feanoridzi za ich pomocą utrzymywali kontakt i obserwowali, co dzieje się na ich ziemiach. W HoME natrafić można na enigmatyczną wzmiankę o tym, że Curufin nie był jedynym z synów Feanora, który się ożenił. Maglor i Caranthir również byli żonaci. Ich małżonki najwyraźniej nie podążyły za nimi na wygnanie i historia nie zapamiętała ich imion. Dlatego na potrzeby tej opowieści nadaliśmy owej tajemniczej żonie naszego bohatera imię Illisse, co w języku quenejskim oznacza "Słodka" Piękni, świetliści - nazwa elfów w języku adunaickim (númenorejskim). L.poj. - nimir; l.podwójna - nimrăt; l.mn. nimir. Tutaj przyjęliśmy założenie, że nazwa ta pochodzi z języka ludu Marach i powstała nim pierwsi ludzie dotarli do Beleriandu. Ranga - krok. L.mn. rangar. Númenorejska miara długości ok. 95,76 cm, a więc nieco więcej niż angielski yard (91,44 cm). Mierzona od końca dużego palca nogi wykroczej, do pięty nogi zakrocznej. W naszym tekście przyjęliśmy, że sama miara i jej nazwa był starsze i funkcjonowały wśród Edainów, już w Beleriandzie. Jednocześnie biorąc pod uwagę, że to miara naturalna - krok, a Edainowie byli niżsi od Dunedainów, przyjęliśmy, że w tym konkretnym przypadku była równa angielskiemu yardowi. Qualme - śmierć (quenya) A mahta - walcz (quenya) |