- Maitimo?
    - Nie śpię. Wejdź.
    Kanafinwe zamknął drzwi i zbliżył się do masywnego krzesła, gdzie na wpół pogrzebany w stosie poduszek i futer, spoczywał jego brat.
    - Można by sądzić, że spędziłeś tu całą noc - zauważył Kano żartobliwym tonem.
    - Bo spędziłem.
    - Całą noc?! Nie mogłeś zasnąć?- Kano przysiadł obok i oparł ręce na rzeźbionej poręczy krzesła.- Dlaczego nie zawoł...
    - Chciałem pomyśleć w spokoju... - przerwał mu brat i spojrzał w okno, szczelnie zakryte ciężkimi kotarami.
    - Jest wyjątkowo piękny ranek, Maitimo - zaczął Kano łagodnie.- Czy na pewno nie chcesz...
    - Nie - rzekł jego brat szybko i definitywnie.
Kanafinwe westchnął w duchu. Kolejne "piętno Thangorodrimu" - jak to nazywał Kurufinwe. Maitimo nie życzył sobie oglądać wschodów słońca i nie cierpiał, kiedy światło padało wprost na niego. Tylko jeden jedyny raz posadzili go w plamie słonecznej i, przerażeni jego reakcją, nigdy już więcej nie popełnili tego błędu. Dopiero później przyszło im do głowy, że piekący żar był jedną z tortur, na jakie wystawiony był ich brat na skale. Dlatego w pogodne dni aż do południa, dopóki słońce nie przeniosło się do sąsiedniej komnaty, Maitimo przebywał w półmroku, a kotary musiały być szczelnie zasunięte. Oni sami lubili słońce. Nowe światło nie przestawało ich fascynować, choć zdaniem większości było zbyt jaskrawe. "Valarowie z każdym dziełem coraz bardziej tracą wyczucie i subtelność" - orzekł Kurufinwe, a pozostali bracia mu przyklasnęli. Niemniej, do nowych zwyczajów rodziny należało zbieranie się o zachodzie słońca ( a czasami, jeśli byli w nastroju, również o wschodzie), by obserwować i komentować grę barw na niebie. Wczoraj na przykład, jak to określił Moryo, mieli "sińce w sosie żurawinowym".
    Mimo usilnych starań nie zdołali jednak namówić najstarszego brata, by się do nich przyłączył. Minęło wiele tygodni odkąd Findekano go przywiózł, a Maitimo wciąż nie mógł ścierpieć przebywania na słońcu. Nawet zachodzącym.
    - O czym myślałeś?- Kano ujął jego dłoń i zaczął ją masować kolistymi ruchami, bacząc, by wycofać się przy pierwszych oznakach irytacji chorego. Od powrotu z niewoli Maitimo wyraźnie dawał do zrozumienia, żeby go nie dotykać. Z tym odruchem jednak od samego początku postanowili walczyć. Niby przypadkowe muśnięcie ramienia, odgarnięcie włosów z twarzy, uścisk dłoni - wypracowali już tyle, że przynajmniej nie wzdragał się jak oparzony i nie próbował się odsuwać. Krok po kroku, mozolnie, uczyli go na powrót akceptowania gestów przyjaźni i oddania. Zupełnie, jakby oswajali dzikie i poranione zwierzę.
    Maitimo z wolna oderwał wzrok od cieni tańczących na kotarze i spojrzał na niego swymi przenikliwymi oczyma. W wychudzonej twarzy wydawały się nienaturalnie olbrzymie.
    - W nocy jest tak cicho...- zaczął.
Kanafinwe milczał, czekając cierpliwie.
    - Maglor?- zapytał Maitimo.
Kanafinwe pytająco uniósł brwi.
    - Powiadasz, że twoje imię w tym nowym języku brzmi Maglor?- wyjaśnił cierpliwie Maitimo.
    - A, tak - Kano pokiwał głową. Nagła zmiana tematu go nie zdziwiła; zdążył się już przyzwyczaić do tego, że myśli brata poruszają się po sobie tylko znanej mapie.
    - Podoba mi się - Maitimo wygodniej oparł głowę.- Mag-lor.
    - Chcesz, bym ci przetłumaczył twoje imię?
    - Nie - Maitimo wysunął rękę z jego dłoni.- To, czego chcę w tej chwili, to śniadanie - dodał, ku zaskoczeniu i radości brata.
    - Zaraz każę przygotować - Kano poderwał się ochoczo, bowiem Maitimo rzadko kiedy przejawiał apetyt.
    - I, jeśli możesz, wezwij też pozostałych, zjemy wspólny posiłek.
    - Oczywiście. Ambarussa niedawno zjechali z polowania.
    - Wiem, słyszałem śpiew rogów.
    - Masz ochotę na coś konkretnego?
    - Tak, na coś słodkiego.
    - Jabłko w miodzie na przykład? Placek ze śmietaną?
    - Na przykład. Tak.
    Kano wyjrzał z komnaty, przywołał pazia i wydał odpowiednie polecenia. Chwilę później w sąsiedniej komnacie zapanowała krzątanina. Jako pierwszy z braci zjawił się Tyelko, tym razem bez Huana u boku.
    - Aiya! - zagrzmiał od drzwi. - Jakaś specjalna okazja? Czyżbym coś przegapił?
    - Dzisiaj nie - odrzekł Kano. - Wczoraj natomiast przegapiłeś obiad, wieczerzę i Ceremonię Gwiazd. Można wiedzieć, gdzie się podziewałeś?
    - Na pastwiskach. Klacze się źrebiły.
    - Oczywiście. I byłeś tam niezbędny, albowiem same z siebie oźrebić się nie potrafią.
    - Jak się ma mój ulubiony rudy brat? - Tyelko zignorował go i podszedł do chorego.
    - Ile koni nam przybyło? - zapytał Maitimo, puszczając jego pytanie mimo uszu.
    - Cztery. Z tego jeden tylko ogierek, ale za to szpakowaty. To znaczy zakładam, że będzie szpakowaty. W sumie mamy jedenaście źrebaków. Za jakiś tydzień przybędą trzy następne.
    - Findekano mówił, że rozpaczliwie brakuje im koni - zamruczał Maitimo, patrząc w okno.
    - Jeśli chcesz, powiedz mu, żeby sobie wybrał któregoś z naszych - orzekł Tyelko wspaniałomyślnie.
    - Nie omieszkam, bracie - odpowiedział Maitimo z namysłem. - Nie omieszkam.
    - Tylko ręce precz od Zorzy - zastrzegł Tyelko. - I od Silimy. I od...- wyliczankę przerwało mu wejście bliźniaków, jak zwykle hałaśliwych i roześmianych, którzy natychmiast oblegli krzesło Maitima.
    - Ustrzeliliśmy trzy odyńce!
    - Żurawie przyleciały na bagnisko.
    - Widziałem białozora.
    - Zmyśla, nie widział.
    - Zazdrości, bo przegapił.
    - Co tam masz? - zapytał groźnie Tyelko, widząc jak pazucha najmłodszego z braci wybrzusza się podejrzanie. - Na młot Aulego, on znowu coś przywlókł. Co tym razem?
    - Zobacz - oznajmił Telvo, nachylając się konspiracyjnie tak, by Maitimo mógł zobaczyć, co kryje się pod na wpół rozsznurowanym kaftanem.
    - Niech zgadnę - warknął Tyelko - musiałeś to przygarnąć, bo jest ranne, osierocone, wygłodzone i zagubione, mam rację?
    - Nie - Telvo uśmiechnął się szeroko. - Bo jest rude.
    -Nie, tylko nie następna wiewiórka - Tyelko wymownie przewrócił oczami. - Błagam, wszystko, byle nie wiewiórka... o?
    - Kuniątko - wyjaśnił Pitya, z zadowoleniem obserwując jak uwolnione stworzenie, niczym rdzawa smuga, daje nura w stos poduszek.
    - "Kuniątko"?- powtórzył Tyelko z przekąsem.- Doprawdy, tylko kuny nam tu jeszcze brak... kuna! - rozpromienił się nagle. - A to się nawet dobrze składa. Jak podrośnie, pożre wiewiórki i zająca! Znakomity pomysł, popieram.
    Ambarussa zgodnie rzucili mu pełne wyrzutu spojrzenia. Mała kuna wychynęła spod futra na wysokości ramienia Maitima i zuchwale zaczęła obwąchiwać mu ucho.
    - Co tu się dzieje? - zapytał Moryo, wchodząc. Miał mokre włosy, widocznie dopiero co zakończył swą rytualną kąpiel w jeziorze. Nawet przenikliwy chłód wiosennego poranka nie był go w stanie skłonić do porzucenia tego zwyczaju.
    - Mamy kuniątko - powiadomił go Tyelko zjadliwie.
    - Nawet cztery, z tego co słyszałem - odpowiedział Moryo obojętnie.- Gratuluję ci, szczęśliwy ojcze.
    - Mówię o kunie, a nie o źrebakach, ty smętny ignorancie! Kuna. Namolne, wszędobylskie, rude...
    - Ambarussa! - odgadł Moryo, błyskając zębami w uśmiechu. Odpowiedziały mu oburzone prychnięcia bliźniaków.
    - Kuna, powiadasz? To wiewiórki mamy z głowy, świetnie - ciągnął Moryo swobodnie, przechodząc przez komnatę. - Dzień dobry braciszku - pochylił się i ucałował Maitima w czoło. - Wiesz, że masz jakieś zwierzę za kołnierzem? A tak z ciekawości, Bożyszcze wie o tej kunie?
    - Jeszcze nie - odpowiedział Telvo.
    - To dobrze, bo za nic nie chcę przegapić jego reakcji. A gdzie on jest, tak w ogóle?
    - Odsypia pracę w odlewni - rzekł Kano, ostrożnie uwalniając chorego brata od natrętnej obecności wścibskiego stworzonka.
    - Już nie. Widziałem, jak się kręcił po dziedzińcu - wtrącił się Tyelko.
    - Aha. To niedługo powinien tu być - odparł Kano z roztargnieniem, próbując teraz wyłuskać kunę z własnego rękawa.- Mmm, pomocy?
    - Daj, ja ją wyjmę - Telvo podniósł się i złapał go za rękę.
    - Wiewiórki, zające, jeże, kuny - wyliczał Tyelko ze zmęczeniem. - To najbardziej obłąkany obóz w Beleriandzie. Psy mi od tego głupieją. Parę dni temu wystawiły zająca, a kiedy go wreszcie dopadły, rozstąpiły się i dały mu uciec, bo myślały, że to jeden z naszych. Opowiadałem wam o tym?
    - Dzisiaj jeszcze nie - Pitya machnął ręką.
    - Więcej was matka nie miała?- rozległ się dźwięczny głos i w drzwiach stanął Kurufinwe w swej roboczej, luźnej koszuli i równie wysłużonych spodniach z płowej skóry.
    - I my się cieszymy na twój widok, promyczku, radości nasza - oznajmił Moryo z uśmiechem.- Cóż to za mina posępna? Czyżby ci twój przesławny stop nie wyszedł?
    - Nie wyszedł. I nie wiem, w czym rzecz - Kurufinwe potrząsnął głową.- Temperatura była odpowiednia, metal też, a stop jest wciąż za miękki.
    - Może kowala trzeba wymienić - zasugerował Moryo i został w odpowiedzi uśmiercony spojrzeniem. - Wiesz, że rodzina znów nam się powiększyła?
    Chmurny wzrok Kurufinwego pomknął natychmiast ku bliźniakom i spoczął na nich oskarżycielsko.
    - To tylko małe kuniątko - odparł ostrożnie Telvo, który jako jedyny z rodzeństwa trochę się obawiał wybuchowego temperamentu brata.
    - Nie! Mowy nie ma - Kurufinwe kategorycznie potrząsnął głową. - Po moim trupie.
    - To się da załatwić - stwierdził Moryo z uciechą.
    - Masz to odnieść tam, gdzie to znalazłeś - Kurufinwe zignorował zaczepkę. - Albo ja to zrobię. Natychmiast.
    - Będzie się trzymać z dala od twojej kuźni.
    - To samo mówiłeś o tych przeklętych wiewiórkach. Precz z tym, bo nie ręczę za siebie.
    - Spójrz na ten pyszczek - Pitya spróbował innej strategii, podsuwając wiercące się zwierzątko Maitimowi. - No, spójrz tylko.
    - Russandolu, nie daj się zmiękczyć - zagrzmiał Kurufinwe. - Apeluję do twojego rozsądku, którego pozostałym najwyraźniej brak.
    - Może zostać?- Pitya mrugnął znacząco. - No, bo wiesz, my, rudzi, powinniśmy trzymać się razem.
    Po twarzy Maitima przemknął cień uśmiechu.
    - Jeśli o mnie chodzi, nie widzę przeszkód - orzekł i wyciągnąwszy rękę pogłaskał kunę po łebku.
    - No, nieee! - Kurufinwe rozłożył ręce.- Rudzi, o plago tego świata, nieszczęsna.
    - Święte słowa - Tyelko pokiwał głową.- Wszystko przez rudych.
    - I przez wiewiórki.
    - Toć mówię.
    - Może mieszkać tutaj - powiedział Maitimo.
    - A smród?- Kurufinwe zmarszczył brwi.
    - Nie będzie jej przeszkadzać - padła uniwersalna, stara jak świat odpowiedź i bliźniacy parsknęli śmiechem.
    - Co z tym śniadaniem? Stół już nakryty - Moryo skinął głową w kierunku komnaty, która ostatnio służyła rodzinie za jadalnię.- Nie chcę was pospieszać, ale jestem wściekle głodny.
    - Chodźmy - Maitimo odsunął na bok futro i wsparł lewą dłoń na poręczy krzesła, pochylając się do przodu. Co najmniej czterech braci jednocześnie rzuciło się, by mu pomóc.
    - Nie!- zatrzymał ich ostry rozkaz.- Ja sam.
    - Russandolu... - zaczął Kano niespokojnie, postępując krok w jego stronę.
    - Sam.
    Ze wstrzymanym oddechem obserwowali, jak, zaciskając usta w wąską kreskę, dźwiga się do góry, boleśnie powoli. Przez moment wydawało się, że nogi go zawiodą, ale nie - chwiejnie, bo chwiejnie, zdołał się wyprostować, chwytając lewą ręką za oparcie krzesła. Pot zaperlił mu się na czole.
    - Co tak stoicie, siadajcie do stołu - powiedział przez zaciśnięte zęby.- No, już.
    Nikt jednak się nie ruszył, patrzyli zaczarowani, jak stawia jeden niewprawny krok, potem drugi, trzeci...
     - Kano, daj mi rękę.
    Kanafinwe dopadł do jego boku i ujął go za dłoń, nieprzyjemnie kościstą i zimną. Palce Maitima zacisnęły się kurczowo, z zaskakującą siłą.
    -Pomalutku - szepnął Kanafinwe, walcząc z odruchem, by podeprzeć go ramieniem. Był pewien, że brat sobie tego nie życzy, tym niemniej ręka sama mu się wyciągała. Podniósł głowę i spojrzał w górę na twarz Maitima, skupioną, ściągniętą z wysiłku. Po tylu tygodniach opieki nad leżącym w łóżku chorym, Kano zdążył już zapomnieć, jak wysoki jest jego brat. Wychudzenie zdawało się jeszcze dodawać mu wzrostu.
    Jeszcze jeden krok, postój, dwa kroki. Byli już w połowie drogi do wyjścia.
    - Możesz już mnie ...puścić - rzekł Maitimo z wysiłkiem.
    - Ale..
    - Dalej... pójdę sam.
    I poszedł, zawczasu wyciągając lewą rękę, by wesprzeć się najpierw na oparciu krzesła, a potem na framudze.
    - Russandolu, ty chodzisz - Pitya uśmiechnął się przez łzy.
    W powolnej procesji weszli do sąsiedniej komnaty. Maitimo dotarł na najbliższego siedziska u szczytu stołu i usiadł ciężko, nie czekając, aż inni zajmą swoje miejsca.
    Kano sięgnął po wino, bez pytania nalał i podsunął bratu puchar. Maitimo upił kilka łyków, a potem otarł czoło dłonią. Jego oddech zaczynał się uspokajać.
Kurufinwe tymczasem napełniał puchary, podając je pozostałym. Wreszcie odstawił dzban i uniósł swój kielich do góry, zwracając się ku Russandolowi.
    - Twoje zdrowie, bracie!
    - Zdrowie! - huknęli zebrani w odpowiedzi. Maitimo podziękował im skinieniem głowy. Kano pochylił się i uścisnął jego przedramię.
    - Jesteś wielki - szepnął i nagrodzony został słabym uśmiechem.
    Dawno nie siadali do śniadania w tak znakomitych nastrojach.
    - Gdybym wiedział, że będzie to taka okazja, przywdziałbym coś bardziej odświętnego - stwierdził Tyelko z uśmiechem.
    - Jeszcze bardziej? - Kurufinwe zmierzył go pobłażliwym spojrzeniem. - Twoje upodobanie do strojenia się przewyższa nawet niewieście kaprysy.
    - W przeciwieństwie do ciebie dbam, by strój podkreślał status rodziny. Ojciec to pochwalał.
    - Innymi słowy, mój strój jest zbyt brzydki, tak? - rzucił Kurufinwe zaczepnie.
    -Nieee, jest brzydki w sam raz - odparował Tyelko natychmiast, cytując ich rodzinny żart.
    Za stołem zagrzmiały śmiechy.
    Minęło ponad dwieście Lat Drzew, odkąd Feanaro, zapytany publicznie, czy naprawdę uważa, że pałac Nolofinwego jest "zbyt brzydki", udzielił tej właśnie, legendarnej już odpowiedzi, a ich wciąż nie przestawało to bawić. Podobnie jak wspomnienie miny stryja.
    Na moment zapadła cisza, kiedy to zebrani zajęli się podawaniem sobie półmisków i nakładaniem potraw. Przy tego typu kameralnych, rodzinnych posiłkach mieli w zwyczaju odprawiać paziów, by rozmawiać bez skrępowania. Sami więc się obsługiwali. Tak było i teraz.
    Drzwi zaskrzypiały i do komnaty wślizgnął się Tyelpinquar, syn Kurufinwego zwany wciąż Małym, mimo iż niedawno wkroczył w wiek dorosły. Powitał zebranych uśmiechem i ukłonem, przeprosił za spóźnienie i przy akompaniamencie ponownego skrzypnięcia starannie domknął drzwi.
    - Trzeba naoliwić te zawiasy - powiedzieli jednym głosem ojciec i syn, i przy stole znowu zapanowała wesołość.
    - Zrób to zaraz po śniadaniu - rzekł Kurufinwe, a Mały skinął głową i zasiadł za stołem, odbierając od Morya tacę z chlebem.
    Ambarussa, ukradkiem karmiąc kunę, zaczęli opowiadać o łowach i o nowej osadzie Moriqendich, którą odkryli u wylotu niewielkiej doliny, Tyelko wraz z Kurufinwem starali się zgłębić arkana nowego stopu srebra, a Moryo udzielał rad pływackich bratankowi. Kano zaś czuwał nad tym, by Maitimo zjadł porządne śniadanie, podsuwając mu różne przysmaki.
    Nagle zazgrzytało odsuwane krzesło.
    - A ty dokąd?- Kano spojrzał na Kurufinwego, który wstał energicznie, rzucając na talerz nie dojedzony placek.
    - Wiem już, co robię nie tak. To nie wina paleniska - rzekł, zbierając się do wyjścia.
    - Jeszcze nie skończyliśmy - zauważył Kano.
    - To skończycie beze mnie. Życzę wszystkim smacznego.
    - Usiądź - powiedział nieoczekiwanie Maitimo i wszystkie siedem par oczu spoczęło na nim z zainteresowaniem.- Nie wychodź. Chciałbym z wami omówić kilka spraw.
    - Ale..- zaczął Kurufinwe, rozdarty między palącym nakazem pracy w kuźni a ciekawością.
    Moryo silnie pociągnął go za rękaw, bez słowa i Kurufinwe przysiadł posłusznie na swoim krześle.
    - Korzystając z tej rzadkiej chwili, kiedy udało się nam zebrać w komplecie, chciałbym z wami porozmawiać - zaczął Maitimo. - Miałem wiele, nazbyt wiele czasu, by wszystko sobie przemyśleć i nim podejmę decyzję, chcę usłyszeć wasze zdanie.
    - Na temat?- zapytał Tyelko niecierpliwie.
    - Ćśśś!- Kano zgromił go wzrokiem.
    - Chcę wiedzieć, czy po tym wszystkim, co się ze mną stało, zaakceptujecie mnie jako przywódcę Rodu - rzekł Maitimo.
    Spojrzeli po sobie ze zdumieniem, kompletnie zaskoczeni.
    - Oczywiście, że tak, Russandolu! Jak w ogóle.. - zaczęli Ambarussa jeden przez drugiego, ale Maitimo uciszył ich uniesieniem dłoni.
    - Zastanówcie się, czy będziecie w stanie podporządkować się rozkazom kaleki i ... -
    - Nie mów tak o sobie!- przerwał mu Kano ostro.- Nie waż się tak o sobie mówić, słyszysz?!
    Inni bracia poparli go gorliwie.
    - A jak nazwiesz to? - Maitimo uniósł kikut prawej ręki.
    - Naprawdę uważasz, że bez jednej dłoni nie można być dobrym królem?- Kano zmarszczył brwi.
    - Tego nie powiedziałem.
    - To dobrze. I jeśli o mnie chodzi, jesteś naszym przywódcą. Z prawa i urodzenia jesteś Najwyższym Królem. Akceptuję cię bez zastrzeżeń. Tyelko?
    - Ja też. Moryo?
    - Tak. Bożyszcze?
    - Jeszcze raz mnie tak nazwiesz, a włożę twoją głowę do tej wazy.
    - Cóż za finezja..
    - Przestań, Moryo! - wtrącił się Kano.- Twoja odpowiedź, Kurufinwe?
    -Tak. Oczywiście, że tak. Pitya?
    Maitimo spokojnie wysłuchał do końca deklaracji wszystkich obecnych, a potem rzekł:
    - Proszę was jeszcze raz o staranne rozważenie w sercach tej sprawy, bo będę chciał, byście mi zaprzysięgli posłuszeństwo. Potem nie będzie już odwrotu.
    Tego się nie spodziewali. Zapanowała konsternacja.
    - Maitimo - powiedział Kanafinwe ostrożnie - nie uważasz, że wystarczy już przysiąg w tej rodzinie?
    - Jedną przysięgę więcej będziecie jeszcze musieli znieść.
    - Dlaczego?- Kurufinwe zmarszczył czoło. - Nie ufasz nam?
    - To nie kwestia zaufania, czy też jego braku. To formalność, której potrzebuję.
    - Ty coś knujesz, bracie - Kurufinwe przymrużył oczy. - Coś tu wisi w powietrzu, czuję to.
    - To piżmo kuny -Tyelko spróbował rozładować dziwnie napiętą atmosferę, bez wielkiego sukcesu.
    - Wyjawię wam mój zamiar i myślę, że pomoże to wam podjąć decyzję - Maitimo uniósł głowę. - Postanowiłem zrzec się korony na rzecz naszego stryja.
    Przez kilka uderzeń serca panowała głucha cisza.
    - Czyś ty oszalał?! - wybuchnął Moryo, czerwieniejąc z oburzenia.
    - To żart?- zapytał zimno Kurufinwe.
    - Nie - odparł Maitimo spokojnie.
    - Zwariowałeś? Chcesz pozbawić nas dziedzictwa?! - Tyelko zerwał się na równe nogi.- Przez pamięć o Ojcu takie słowa nie powinny ci nawet przejść przez gardło, a co dopiero-
    Jego głos utonął we wrzawie. Wszyscy zaczęli mówić jeden przez drugiego.
    Maitimo czekał cierpliwie, aż się wykrzyczą. Kano zauważył to i zaczął braci uciszać. Chwilę trwało, nim wreszcie zapanował względny spokój.
    - Dlaczego?- Kano zwrócił pytające spojrzenie na najstarszego brata.
    Maitimo omiótł ich wzrokiem - każdego po kolei, a potem nabrał tchu:
    - "Przyjaciel czy wróg, cny bądź nikczemny, pomiot Morgotha czy Vala świetlisty, Elda, syn rodzaju ludzkiego - jeśli zechce odnaleźć i zatrzymać w swoim ręku choćby jeden Silmaril, my, synowie Feanora, przysięgamy mu nienawiść i ścigać go będziem. I nie obronią go przed nami ani prawo, ani miłość, ani miecze, ani też Opatrzności wyroki - głos Maitima z każdym słowem nabierał mocy, nagle komnata stała się zbyt ciasna, jak klatka. Jego oczy jaśniały, a lewa dłoń zacisnęła się w pięść. Sparaliżowani, nie byli w stanie oderwać od niego wzroku - Takoż wszyscy przysięgamy! Śmierć mu zadamy i rozpacz po kres świata! Usłysz głosy nasze, Eru, Ojcze wszechrzeczy! I niechaj nas ciemności wiekuiste ogarną, jeśli przysięgi nie dopełnim. I niechaj Manwe i Varda świadkami nam będą i niechaj na przysięgę naszą pomną!"
    Słowa przebrzmiały, a oni wciąż siedzieli bez ruchu, niczym postaci zastygłe na obrazie. I tak, jak przed laty w Tirionie, kiedy wypowiadali te słowa, trawił ich ogień, tak teraz poczuli chłód. Lodowaty ziąb przeniknął ich na wskroś. I groza, jakiej nie zakosztowali od owego pamiętnego dnia, kiedy zginął Finwe, a ciemności spowiły Valinor.
    - W imieniu Ojca, chcę wam teraz zadać pytanie - rzekł Maitimo dobitnie - co uczyniliście, by Przysięgi dopełnić? Jakie kroki podjęliście, jakie sojusze zawarliście, by pomścić śmierć Ojca i Dziada, by odebrać, co nasze? Jak zamierzacie mordercę i złodzieja pokarać?
    Odpowiedziała mu cisza. Niektórzy wymienili zakłopotane spojrzenia, inni opuścili wzrok.
    - Co uczyniliście, by przybliżyć nas do zwycięstwa? - Maitimo nie ustępował.- Mieliście lata całe na przygotowanie. Co uczyniliście?
    Nic - pomyślał Kano, przełykając ślinę. - Nic nie uczyniliśmy. Czekaliśmy na cud. Czekaliśmy na... ciebie.
    - Czyżbyście rzucali słowa na wiatr?
    - Oczywiście, że nie! - Tyelko odzyskał głos. - Jak możesz tak mówić!
    - A zatem oświeć mnie co do waszego planu odzyskania Silmarili - Maitimo przyszpilił go wzrokiem. - Wiesz, gdzie kryje się złodziej, wiesz kto to jest. Poprzysiągłeś zemstę. Co cię powstrzymuje?
    - Nie możemy zaatakować Angbandu!
    - Dlaczego?
    - Jak...jak to dlaczego?- Tyelko spojrzał po braciach w poszukiwaniu wsparcia. - Bo to by było samobójstwo! - poparły go pomruki i potaknięcia.
    - Przysięga nie zabrania nam czekać na dogodny moment - zauważył Kurufinwe.
    - A ile zamierzasz czekać?- zapytał ostro Maitimo.
    - Do skutku! - zdenerwowany Kurufin wzruszył ramionami.
    - Nic nie robiąc?
    - To nieprawda, że nic nie robimy! Zbudowaliśmy ten obóz, umocniliśmy wały...
    - I siedzicie w nim jak myszy pod miotłą!
    - Zbroimy się! Wysyłamy patrole...
    - I tak musielibyście to robić, niezależnie od przysięgi - przerwał mu Maitimo.- A mnie interesują konkrety. Zbroicie się, powiadasz? Ile wojska możecie wystawić w tej chwili?
    - Jakieś osiem, dziesięć tysięcy - odrzekł Moryo.
    - Konnicy?
    - Nie - Tyelko pokręcił głową. - Koni wystarczy tylko dla połowy wojska.
    - Pięć tysięcy pieszych i drugie tyle konnych - podsumował Maitimo. - To za mało, by pokonać Morgotha.
    - No właśnie!- Kurufinwe wymownie rozłożył ręce.
    - No właśnie!- powtórzył Maitimo. - Tym samym wracamy do mojego pytania: co uczyniliście, by wojska było więcej? Potrzebujemy sojuszników, to jasne. A więc, gdzie oni są?
    - Zaprzyjaźniliśmy się z Moriquendimi z Ered Wethrin - zaczął nieśmiało Pitya.- Często ich odwiedzamy, uczymy się ich języka. A Kano pozyskał sympatię elfów zza Mithrimu i...
    - Czy Moriqendi z Ered Wethrin pójdą za nami?- przerwał mu Maitimo.
    - Słucham?
    - Pytam, czy ruszą z nami na Angband.
    - Emmm...- Pitya rzucił mu nieszczęśliwe spojrzenie.- Nie.
    - Dlaczego?
    - Mówią, że to nasza sprawa i nie chcą się wtrącać...
    - Kano?- Maitimo przeniósł wzrok na brata, który siedział po jego prawicy.
    - Boją się Morgotha - odparł ten cicho.- Nie chcą się narażać.
    - A więc jesteśmy sami - rzekł Maitimo znacząco. Nikt się nie odezwał.
    - No i co?- zagadnął w końcu Maitimo, przechylając głowę, przesuwając wzrokiem po braciach.
    - No i nic - odburknął Tyelko, wbijając wzrok w blat stołu.
    - "No i nic" - powtórzył Maitimo z przekąsem.- Ano właśnie. Nic. Przysięga zobowiązuje nas do działania. A tu nic. Czekamy nie wiadomo na co. A Morgoth nie czeka. Kuźnie Angbandu huczą od pracy noc i dzień. Orkowie i wilki mnożą się jak muchy. Byłem tam, widziałem! - twarz mu się ściągnęła.- Widziałem potęgę Angbandu, widziałem nieprzeliczone zastępy wojsk i lochy. Niekończące się lochy, a w nich stwory, jakich nie zna świat.
    - Co proponujesz? - spytał cicho Kurufinwe.
    - Po drugiej stronie jeziora mieszka ponad czterdzieści tysięcy elfów.
    - Nnnie- Kurufinwe zaczął kręcić głową.- Nie. Wszystko, tylko nie Nolofinwe.
    - Poza tym oni nas nienawidzą - dodał Tyelko.
    - Próbowałem z nimi porozmawiać - odezwał się Kano.- Nasze poselstwa spotkały się przy zachodnim cyplu, tuż po ich przybyciu.
    - No i? - Maitimo spojrzał na niego bacznie.
    - Mieliśmy szczęście, że nie doszło do otwartej wojny - Kano opuścił wzrok.- Od tamtej pory udajemy, że ten drugi obóz nie istnieje. My nie zapuszczamy się na północny brzeg, oni na południowy. Wybacz mi, Russandolu, ale nie potrafiłem ich zjednać. Żaden ze mnie przywódca.
    - A próbowałeś ich przeprosić?
    - Przeprosić?- wybuchnął Moryo.- Niby za co?
    - Za to, że ich zdradziliśmy! - odparł Maitimo z mocą.- Za to, że porzuciliśmy ich ukradkiem w Aramanie, niecnie zostawiając na pastwę losu.
    - Ojciec miał do tego prawo!- zawołał Tyelko.- Stryj spiskował przeciwko niemu!
    - Dowody, bracie?
    - Nie mam żadnych dowodów! Po co mi dowody? Przecież każdy to wie!
    - Bzdury! Pokłócił się z ojcem, ale to nie powód, żeby wydawać wyrok na cały lud! Nawet jeśli - powtarzam *jeśli*- spiskował, to i tak za mało, by skazywać tyle tysięcy na śmierć! - Maitimo też podniósł głos.- I w głębi serca dobrze o tym wiesz! Gdyby nie nasza własna zdrada, mielibyśmy teraz potężnych sojuszników! Czy zdajecie sobie sprawę... - uspokoił się głębszym oddechem.- zdajecie sobie sprawę, ilu ich zginęło podczas przeprawy? Findekano mi powiedział. Osiem tysięcy! Osiem. Tysięcy.
    - I bardzo dobrze - warknął Moryo.
    Z szybkością błyskawicy Maitimo odwinął się i wymierzył mu policzek. Stało się to tak szybko i tak nieoczekiwanie, że nikt z obecnych, łącznie z uderzonym, nie zdołał zareagować. Jedynie kuna w popłochu czmychnęła ze stołu, znikając za kufrem w kącie komnaty.
    Cios nie był szczególnie mocny, Maitimo nie miał jeszcze siły w ręku, ale szok, jaki wywołał sprawił, że wszyscy zamarli. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by którykolwiek z nich podniósł rękę na kogoś z rodziny. Osłupiały Moryo z wolna uniósł dłoń do policzka, jakby nie dowierzał temu, co się stało i zamrugał załzawionymi oczami.
    - Jak śmiesz! - wycedził Maitimo, a głos miał tak straszny, że Ambarussa skulili się za stołem.- Pozwalasz, by Morgoth przez ciebie przemawiał! I to w mojej obecności! Mówisz o poddanych Finwego! O twoich krewnych! O kobietach i bezbronnych dzieciach, które ginęły z zimna i głodu! Mówisz o Elenwe!
    - Elenwe nie żyje?- szepnął Kano.- Nie wiedzieliśmy...
    - Lód się pod nią załamał, wpadła do wody razem z małą - Maitimo nie odrywał wzroku od Morya. - Tylko Idril zdołali wyciągnąć. Ostrzegam cię, Morifinwe, jeśli jeszcze raz ośmielisz się wypowiedzieć podobną uwagę, odeślę cię w kajdanach do obozu stryja, żeby zrobił z tobą, co uzna za stosowne.
    Moryo, który początkowo zbladł jak ściana, teraz poczerwieniał raptownie, huknął dłońmi w stół, aż kielichy i tace zabrzęczały, i zerwał się, chcąc najwyraźniej wyjść.
    - Siadaj!- rozkazał Maitimo.- Nie waż się wychodzić.
    Nawet nie podniósł głosu. Nie musiał. Oczy Morya rozszerzyły się lekko. Pozostali też spojrzeli trwożnie. W głosie Maitima była stal, tak jak w głosie ojca. Nigdy wcześniej nie słyszeli u niego tego tonu. Zawsze kochali najstarszego brata i ufali mu, ale szczególnego posłuchu ani respektu nie miał. Do dziś. Albo raczej - do czasu powrotu z niewoli. Zupełnie jakby Thangorodrim wypalił z niego sentymenty i wahanie.
    Dziś, patrząc na niego, po raz pierwszy odczuli strach. Wszyscy, bez wyjątku.
    Tak wypowiedzianemu rozkazowi nie sposób było się oprzeć. Nogi Morya ugięły się jakby bez udziału woli i elf osunął się z powrotem na krzesło.
    - Dlatego chcesz oddać koronę?- zapytał Kano cicho.- Żeby nas pojednać?
    - Żeby nas pojednać - Maitimo skinął głową.- Żeby oddać im sprawiedliwość. Chcę spłacić wielki dług, skończyć to, co zaczął Fin, narażając dla mnie życie na skałach Thangorodrimu.
    Znów zapadła cisza.
    Fin.
    Findekano.
    Imię, które prześladowało ich jak wyrzut sumienia. Oczywiście byli kuzynowi dozgonnie wdzięczni za odnalezienie i ocalenie porwanego brata, ale największa nawet radość nie była w stanie przytłumić palącego poczucia wstydu. Findekano dokonał bowiem tego, czego oni nie potrafili. Co więcej - nawet nie próbowali. Uznali, że brat przepadł, że Morgoth na pewno go zabił. Z góry przekreślili i jego, i swoje szanse. A Findekano nie zrezygnował. I sam jeden dokonał czynu, który słusznie rozsławił jego imię w pieśniach. Oni oczywiście również go wysławiali. Kano ułożył o nim przepiękną pieśń. Śpiewał ją cały obóz. Wszyscy wynosili pod niebiosa Findekana, syna Nolofinwego. Bracia Maitima też. Wychwalali dobroczyńcę i błogosławili.
    I nienawidzili jednocześnie.
    Bo łatwiej było im nienawidzić jego niż siebie. Wygodniej było zapomnieć, że zostawili Russandola w szponach Morgotha, skazując tym samym rodzonego brata na lata niewyobrażalnych tortur. Ale oczywiście do tego niegodnego uczucia nienawiści żaden z nich otwarcie by się nie przyznał, nawet pod biczami Balrogów.
    - "I Wydziedziczeni staną się na wieki" - rzekł gorzko Kurufinwe.- Zaiste. Jeśli oddasz koronę stryjowi sprawisz, że puste słowa Valarów nabiorą mocy. Wydziedziczymy się sami, bez niczyjej pomocy.
    - Czyż nie tego właśnie chcieliśmy? Być kowalami własnego losu? - zapytał Maitimo kpiąco. - Coś za coś bracie. Korona albo Przysięga. Nie możemy mieć obu naraz. Mogę być albo królem tego obozu, albo sprzymierzeńcem króla, podążającym na czele wielkiej armii ku zemście. Trzeciego wyjścia nie ma.
    - Nie klęknę przed żadnym z synów Indis - rzekł Moryo, unosząc dumnie głowę.
    - Ani ja - zawtórował mu Tyelko.
    - Ani ja - dodał Kurufinwe.
    - Nie będziesz musiał - odparł spokojnie Maitimo, patrząc na Morya. - Wystarczy, że mnie ślubujesz posłuszeństwo. Ja będę rozmawiać ze stryjem i przepraszać w imieniu Rodu.
    Moryo odetchnął głęboko i zagryzł wargę. Pozostali bracia obserwowali go z napięciem.
    - Mam ci ślubować posłuszeństwo?- upewnił się.
    Maitimo nie odpowiedział. Patrzył tylko.
    - Uderzyłeś mnie - powiedział Moryo bardzo cicho.
    Russandol wyciągnął rękę i dotknął jego twarzy w delikatnym, czułym geście, w którym mignęło wreszcie coś z dawnego Maitima. Moryo zesztywniał, ale się nie odsunął.
    - Uderzyłeś mnie - powtórzył.
    - Powiedziałeś coś obrzydliwego - rzekł Maitimo równie cichym głosem, przesuwając kciukiem po jego policzku.- To było wstrętne, Moryo. Niegodne syna Feanara.
    - Nigdy więcej nie podnoś na mnie ręki.
    - Nigdy więcej tak nie mów. Nigdy.
    Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. A potem Moryo na moment przymknął powieki i oparł się policzkiem o dłoń brata, jak zwykł to robić, kiedy był małym elfem. Obaj odprężyli się w widoczny sposób. Maitimo cofnął rękę i wyprostował się. Zebrani odetchnęli.
    - Nie podoba mi się pomysł z oddaniem korony stryjowi! - oznajmił Kurufinwe, potrząsając głowa.
    - Mnie też, jeśli mam być szczery - odrzekł Maitimo.- Ale obawiam się, że nie mamy wyboru. Poza tym, czy to ci się podoba, czy nie, przekraczając Helkarakse stryj dowiódł swojego męstwa i odwagi. Dowiódł, że godzien jest korony. I tym samym dowiódł jeszcze czegoś... - Maitimo przerwał na moment, przesunął wzrokiem po wpatrzonych w niego twarzach, a potem rzekł z naciskiem - Nie musieliśmy zabijać Telerich i kraść ich okrętów. Nie było takiej potrzeby. Mogliśmy przejść po lodzie.
    - Sam powiedziałeś, że w lodach Helkarakse zginęło prawie... - zaczął Tyelko, ale Maitimo nie dał mu skończyć.
    - Nasze ryzyko. Mogliśmy spróbować. Oni ponieśli ciężkie straty, lecz przeszli. Skoro oni mogli, to my tym bardziej. I nie mielibyśmy rąk splamionych krwią niewinnych.
    - Co się stało, już się nie odstanie - powiedział Kurufinwe po chwili ciszy.
    - To prawda - Maitimo skinął głową.- Ale możemy sprawić, by ta sytuacja już się nie powtórzyła. Nie widzę innego sposobu, by zażegnać konflikt, jak zrzec się władzy. Pytanie tylko, czy mnie wesprzecie. Jeśli tak, obiecuję, że poprowadzę was ku spełnieniu Przysięgi. Zrobię wszystko, by odpłacić Morgothowi za nasze krzywdy.
    - A jeśli sprzeciwimy się oddaniu korony? - zapytał Kurufinwe.
    - Wtedy w dziesięć tysięcy zaatakujemy Angband i zginiemy bohaterską i bezsensowną śmiercią, a Wieczne Ciemności nas pochłoną.
    Zapadła głęboka, ponura cisza. Za oknami obóz tętnił życiem, poszczekiwały psy, rozlegały się głosy i śmiechy. Gdzieś w oddali zarżał koń, a drugi mu odpowiedział. Wszystko to brzmiało dziwnie nierealnie. Wydawało się, że kotary zagradzają drogę nie tylko światłu, ale i życiu. Jakby czas się zatrzymał.
    Wreszcie Maitimo podniósł głowę.
    - Makalaure? - rzekł pytająco.
    Kano drgnął, wyrwany z zamyślenia, zaskoczony tym, że brat zwraca się do niego, używając matczynego, prywatnego imienia.
    Spojrzeli sobie w oczy.
    On na powrót nas zjednoczył - pomyślał Kano, spoglądając z miłością na wymęczoną i wychudłą twarz brata. Na miedziane kosmyki nierównej długości wijące się wokół szyi (musieli obciąć mu włosy, bo nie sposób było rozczesać tej zlepionej, skołtunionej plątaniny).- Tchnął w nas życie. Bez niego przez te wszystkie lata byliśmy w rozsypce, straciliśmy wszelką inicjatywę. Każdy zajęty był sobą. Wystarczyło, że wrócił, nawet chory i słaby, a wszyscy skupili się wokół niego. Znowu jesteśmy rodziną. Na dobre czy na złe- on nas poprowadzi. Jesteśmy mu winni posłuszeństwo. Za Thangorodrim. Za to, że go zawiedliśmy.
    Kano uśmiechnął się lekko, ujął dłoń brata i ucałował ją ze czcią.
    - Masz moje poparcie- powiedział; nie czekając, co zrobi reszta, osunął się na kolano i, wciąż ściskając dłoń Maitima, zaczął uroczyście:
    - Ja, Kanafinwe Makalaure, syn Feanara, przysięgam oto...- uśmiechnął się, widząc kątem oka, że pozostali też odsuwają krzesła i klękają.
    Palce brata w podziękowaniu zacieśniły chwyt na jego dłoni i Kanafinwe przymknął oczy w błogim poczuciu, że wreszcie - nareszcie! robi to, co trzeba.